Damian Kowal: Jezus Hip-Hop

foto: Pablosz
foto: Pablosz

Gdy nieporadnie zapisuję te słowa, zegar pokazuje godzinę 4:35, a niemalże świętą ciszę przedświtu zagłusza jednostajny szum komputera i puszczone przeze mnie losowe ambient techno. Istnieje także prawdopodobieństwo, że w promieniu kilku kilometrów jestem jedynym nieśpiącym teraz człowiekiem. To nie pierwsza taka noc w życiu. Pierwszą zarwałem gdzieś w okolicach gimnazjum, gdy przygotowywałem się do sprawdzianu z fizyki, który był moją ostatnią szansą na uzyskanie promocji do następnej klasy. Szczerze nienawidziłem wtedy fizyki, jak też hip-hopu, słuchając wtedy zapewne jakiegoś starego progresywnego rocka i po cichutku oraz z pewnym poczuciem wyższości napawając się myślą, że słuchanie Yes czy King Crimson w wieku nastoletnim czyni mnie lepszym od tłumu wygolonych na zero ogrów z osiedla, na którym ówcześnie pomieszkiwałem, doznających uniesień przy nagraniach Peji czy jakiegoś innego modnego wtedy rapera.

Jednakże, jak głoszą mądrości ludowe, czasy i ludzie się zmieniają, przy czym czasy zmieniają się częściej niż ludzie. Książki z zakresu fizyki, głównie kwantowej, na stałe zagościły na moich nielicznych półkach, a odkrycie marnego, powielonego do granic możliwości i sprzedanego obecnie za pieniądze grajka, zwanego Ostrym sprawiło, że doceniłem hip-hop, odrzucając jednocześnie w kąt dokonania klasyków rocka. Chcę od razu zauważyć, że i do rockowych dinozaurów, jak też do Adama mam spory sentyment, ale nie zmienia to faktu, że powinni dawno temu przestać nagrywać i skupić się raczej na uprawianiu ogródków czy wychowywaniu dzieci/rozpieszczaniu wnucząt. Jednakże o sztuce schodzenia ze sceny pisał już mój człowiek Radek Kolago, ja zmierzam do czegoś innego. Dzięki nieszczęsnemu skrzypkowi poznałem hip-hop, jak też otworzyłem się na zupełnie nowe nurty w muzyce. Gdybym wtedy, w okolicach 2006 czy 2007 roku nie pożyczył z legnickiej mediateki 7 pewnie nie słuchałbym teraz nie tylko hip-hopu, ale też elektroniki, folku, ambientu czy wreszcie ukochanego i umiłowanego nad wszystko Radiohead (które swoją drogą powinno już przestać nagrywać; zarobili dość pieniędzy, a Thom Yorke rozmienia się na drobne w Atoms For Peace tańcząc i śpiewając weselej niż zazwyczaj).

Do czego zmierzam? Otóż do tego, że hip-hop w pewnym sensie „uratował” mnie muzycznie. Hip-hop pokazał mi, że można tworzyć muzykę w inny sposób i czerpać z tego radość; pokazał, że do szczęścia nie są potrzebne dziesięciominutowe gitarowe solówki grane w skali miksolidyjskiej czy dwudziestominutowy utwór opowiadający o stworzeniu świata. Hip-hop uświadomił mi, że można zapętlić jeden sampel na cztery minuty, dodać do tego perkusję w 4/4 i stworzyć tymi środkami arcydzieło. Wreszcie, co może zabrzmieć dziwnie, hip-hop nauczył mnie pisać. Nie ukrywam, że teksty różnych raperów miały taki sam wpływ na moje pisanie jak klasycy prozy pokroju Cortazara czy Schulza, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że pod wpływem Pesymisji napisałem więcej niż pod wpływem, dajmy na to, Różewicza, którego lubię i szanuję.

Pamiętam, że pod wpływem Noona sam zacząłem nieśmiało składać własne bity (z bardzo marnym skutkiem) i do dziś uważam Bugajaka za najwybitniejszego polskiego producenta hip-hopowego. Moim niewiele znaczącym zdaniem Bleak Output czy Pewne Sekwencje są dla polskiego rapu kamieniami milowymi na miarę pierwszej Molesty czy Kalibra. Swoją drogą, nigdy nie byłem przekonany do płyt wchodzących w skład „żelaznego” kanonu polskiego rapfana. Owszem, dostrzegam i doceniam kulturotwórczą rolę krążków takich jak Ewenement, Kinematografia czy Księga Tajemnicza. Prolog, ale nie byłbym w stanie oddać za nie życia. Może dlatego, że Magik zawsze był słabym raperem, Chwile Ulotne i Jestem Bogiem mam za utwory stojące na tym samym poziomie artystycznym co dokonania Bonusa RPK (od razu zauważam – nie odbieram wymienionym utworom statusu klasyków, po prostu dostrzegam, że warstwa muzyczna, tekstowa i wykonanie stoją na tym samym poziomie co twórczość Bonusa; grafomaństwo Chwil Ulotnych i Jestem Bogiem jest dla mnie tak samo irytujące jak twarde ulicznictwo Bonusa), a Wilku WDZ będzie dla mnie zawsze kolesiem z brodą kojarzonym z antyiluminackimi tekstami z Hemp Gru.

Pozwolę sobie jeszcze przywołać historię Kalibra 44, gdyż moim zdaniem losy jego członków w pewien sposób obrazują sytuację polskiego hip-hopu. Magik wyskoczył z okna (pozwoliłbym sobie na jakiś niewybredny żart, ale się powstrzymam), stając się polskim 2Paciem i dołączając do martyrologicznego grona polskich świętych, gdzie zajął miejsce po prawicy Jana Pawła 2 (tu też pozwoliłbym sobie na niewybredny żart, ale również się powstrzymam), powstańców warszawskich i Lecha Kaczyńskiego. Z niewiadomych powodów tragiczna śmierć Łuszcza sprawiła, że został on uznany za najwybitniejszego polskiego rapera, gdyż na pewno nie zasłużyłby na to miano swoimi tekstami. Abradab pozostał w rapie i wciąż nagrywa płyty, ale i u niego widać objawy zdziadzienia. Fajnie, że zaczął grać z zespołem, fajnie, że puszczają go w radiu, ale jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że wszystkie teksty o truskulowości, oddaniu wartościom, nieśmiertelnej kulturze hip-hop są pisane tylko, by wyciągnąć z małolatów kasę. I wreszcie Joka, który poza kilkoma gościnnymi występami, po Kalibrze nie nagrał niczego. Moim zdaniem, paradoksalnie, jest on największym zwycięzcą zaistniałej sytuacji. Dlaczego? Otóż, ojcowie założyciele polskiego hip-hopu i przedstawiciele mainstreamu albo najzwyczajniej w świecie się sprzedali albo zaczęli nagrywać słabe płyty (przykładem niech będzie Tede, którego częściej można ujrzeć na Alasce lub Vivie niż przy mikrofonie), podziemie zaś nie może się przebić, poza tym nie ukrywajmy – niewielu jest w Polszy rapowców zdolnych cokolwiek sensownego sklecić. Wymieniany wszędzie Laik, Junes, Wankej, Smarki Smark, (wstaw swojego rapera). Wracając do Joki – moim zdaniem on jeden wygrał polski hip-hop. Nagrał fenomenalne zwrotki na Księdze Tajemniczej i właściwie zniknął. Reszta trwa i nagrywa kolejne słabe płyty, a on jeden przestał i najlepiej na tym wyszedł, gdyż nie splamił się nieudanym dziełem.

Dlatego cieszę się, że dane mi było poznać skwer.org, gdyż na marnym i zdecydowanie nieurodzajnym polu zwanym polskim rapem, w dobie uliczników obrzucających policję brukową kostką i osiemnastolatków rapujących o ciężkim życiu na osiedlu w studiu załatwionym przez wujka-prezesa ogromnej firmy, w dobie kolejnych internetowych talent-show z coraz głupszymi nazwami w stylu Zjedzrap czy Hiphopolska promujących gości, którzy nie prezentując jakiegokolwiek poziomu próbują wmówić nam, że są raperami potrzebny jest projekt, który pokazuje, że hip-hop można robić inaczej, że ogólnie muzykę można robić inaczej – bez spiny, z zajawką, do tego właściwie bez czerpania żadnych z tego korzyści poza osobistą satysfakcją oraz dlatego, że większość jego członków otwarcie mówi, że nie cierpi hip-hopu. Ja też za nim nie przepadam, ale chyba przyznacie mi rację, gdy stwierdzę, że polski hip-hop jest niegrzecznym dzieckiem, które denerwuje swoimi poczynaniami, ale mimo to kochamy je i nie umielibyśmy bez niego żyć?

Damian Kowal

    Leave a Reply