Radek Kolago: Too old to die young, czyli nieumarli w blasku fleszy.

foto: Pablosz
foto: Pablosz

Życzę sobie popaść we wtórny analfabetyzm gdy poczuję, że się ostatecznie wypalam.

Szołbiznes zakłada od zawsze konflikt na linii młode koty – dinozaury, przy czym za pośrednictwem międzygatunkowej transformacji ci pierwsi zajmują po czasie miejsce tych drugich. To klasyczny krąg życia znany z Króla Lwa, filozofii dalekiego wschodu oraz, poniekąd, Marksa (tego najśmieszniejszego). Sierściuchy przychodzą ze swoim buntem, który już nikogo nie zaskakuje i ze swoją świeżością, która tylko momentami bywa świeża. Niech się jednak w tej kuwecie grzebią, kopią i gryzą, może coś dobrego wyjdzie. Mówiąc o rzeczach dobrych, czekam na dzień, kiedy dinozaury postanowią umrzeć jak Weronika.

Ten tekst jest pisany z perspektywy odbiorcy. Odbiorca jest pozbawiony empatii i ocenia twórcę wyłącznie przez pryzmat produktów jego pracy, nie sytuacji finansowej, zdrowotnej, psychicznej, czy motywacji. Odbiorca nikomu źle nie życzy, to ledwie hobbystyczny hejting i próba zrozumienia, czy też wytłumaczenia konkretnego zjawiska. Zjawiska, w ramach którego artyści stetryczali i wypaleni uskuteczniają swoje brzdękania i gryzmolenia jak Buzz Astral – do końca świata i jeszcze dalej. A Odbiorca musi na to patrzeć.

Poruszając się w skali od mikro do makro, zaczniemy od polskiej biesiady przy schabowym, spuchniętych gęb sprzed dwóch epok; Maryla Rodowicz tańcząca Gangnam Style we wrocławskim rynku, Zbigniew Hołdys, który z samozwańczego barda ruchów antykomunistycznych i ikonę muzyki rock stał się internetowym publicystą oraz bywalcem programów śniadaniowych. Krzysztof Krawczyk, który bezpośrednio po zejściu ze sceny jest pewnie podłączany pod kroplówkę, a jego ruchy sceniczne nadają zupełnie nową płaszczyznę słowu „rachityczność”. Marek Kondrat, deklarujący z mocą, że rzuca kino na rzecz teatru by zając się rzeczami bardziej ambitnymi, a kończący jako twarz pośledniej kampanii reklamowej. Maciej Maleńczuk, symbol artyzmu i alternatywy, juror i mecenas sztuki, wydobywający interpretacyjne głębie z linijek o tym, że jest stary, ma migrenę i insomnię.

Wreszcie mój kochany Świetlicki, niewątpliwie najlepszy i największy produkt polskiej poezji ostatnich dwudziestu lat. Im bardziej kocha się jego wiersze, tym większy jest ból w reakcji na poziom nowszych tomików – Muzyka Środka i Niskie Pobudki to obraz zblazowania, sytej bierności i odcinania kuponów, jakby chciał z postawą niewątpliwie roszczeniową powiedzieć: „wobec starej szkoły już spłaciłem swoje długi w kurwę”. To chyba tak nie działa. Całościowo zresztą Pokolenie bruLionu straciło swój płomień i teraz już tylko albo moralizuje, albo mrozi dystansem albo ironizuje w konwencji kawiarnianej, litości.

O ile w Polsce chałturnictwo weteranów można tłumaczyć ciężką sytuacją finansową, to na zachodzie, gdzie gwiazdom mainstreamu nie ma prawa wieść się źle, to zjawisko przybiera rozmiary wręcz groteskowe. Jest więc Snoop pies, który na stare lata postanowił być lwem tudzież rastafarianinem, co wywołało oburzenie wśród tej społeczności. Są naszpikowani botoksem siedemdziesięciolatkowie wciąż brylujący w kinie akcji czy Robert de Niro, który na starość stał się średnich lotów aktorem komediowym. Teoretycznie jest tu dystans, podejście z poczuciem humoru, zupełnie jak u Stonesów. W klipie do ich najnowszego singla Doom and Gloom występują chmary żywych trupów, chociaż wiadomo, że najlepiej zakonserwowanym brytyjskim zombie jest Keith Richards. Zespół obchodził ostatnio pięćdziesięciolecie działania i pojawia się już tylko pytanie: po co? Przyzwyczajenie, czy jakieś przekorne pokazywanie, że jeszcze można?

Przykładów godnego zejścia ze sceny w glorii chwały i szacunku znam bardzo niewiele i to jest bardzo zrozumiałe, bardzo ludzkie. W tej chwili przychodzą do głowy tylko dwie sylwetki: Zack de la Rocha i Audrey Hepburn. De la Rocha miał swego rodzaju reunion tour z RATM oraz trochę solowej pracy, możliwe więc, czego mu nie życzę, że się jeszcze popsuje. Audrey za to, nie mając jeszcze czterdziestu lat porzuciła prawie całkowicie karierę aktorską i zajęła się działalnością charytatywną i dyplomatyczną. O tyle więc spotęgowała piękno jej obrazu w masowej świadomości, że nie mieliśmy okazji oglądać jak z latami więdnie i starzeje się – Audrey Hepburn jest więc wiecznie śliczna.

Idąc za tym tokiem rozumowania należy wspomnieć o ludziach, którzy stali się największymi legendami. Dlaczego przypada to najczęściej w udziale tym, którzy odchodzą za wcześnie? Oczywiście, ludzie kochają bohaterów tragicznych, wiecznie młodych i pięknych. Nie jest jednak tak, że się ich uwielbia, bo nie mieli czasu ani okazji, by się zepsuć? Pięćdziesięcioletni James Dean, który naturalnie wypadł z roli zbuntowanego młodzieńca, a który totalnie nie ma pomysłu na siebie i w rezultacie jest nijaki. Marek Hłasko, któremu po latach emigracji zachciewa się wrócić do kraju i być autorytetem głoszącym treści zachowawcze i arbitralne. Jimi Hendrix, który po zrobieniu z gitarą wszystkiego palcami, językiem, brodą i nosem odkrywa, że już nic z tego instrumentu nie wyciągnie i albo męczy struny do znudzenia, do śmierci, jak Segovia, albo idzie w kierunku, o którym nigdy by nie pomyśleli jego fani i, dajmy na to, zaczyna robić disco. Uprzedzając spinkę, wcale nie twierdzę, że by tak było, to tylko wizje będące ilustracją zjawiska.

Właśnie dlatego chcę zostać analfabetą tudzież zwyczajnie oślepnąć w tym samym momencie, kiedy zgaśnie we mnie inwencja. Żeby zwiększyć w tym tekście natężenie ironii, zakończę go słowami nieodżałowanego Afrojaxa, który swego czasu twierdził, że „zbyt mało to lepiej, niż zbyt dużo siłą”. Ale potem mu się odwidziało.

Radek Kolago

    Leave a Reply