Marcin Flint: Nie o sobie, no to, kurwa, o kim mam pisać?

foto: Pablosz
foto: Pablosz

Do dziś nie wiem co się wtedy ze mną działo. Przestałem spać w nocy. Nie chciało mi się nic komukolwiek mówić. Nie to, żebym miał ochotę skakać z okna, ale gdyby wyskoczyli inni, uznałbym to za miły gest. Niezmotywowany, rozczarowany wszystkim i wszystkimi tkwiłem w apatii. Nie zasięgnąłem porady specjalisty. Zdiagnozował mnie Skwer – epka Szarych Twarzy, “Mekka wszelkiego ścierwa” i “Pesymisja” Międzymiastowej, “Pansofia” Faczyńskiego i Kidda. To było coś. Facet, który siedział w upalne dni oparty o gołą ścianę i katował na pętli nagrania Atmosphere (“Lucy Ford”, a jakże), Sole’a, The Groucha, Aliasa i Sage’a Francisa, plując przy tym żółcią na białe i czerwone znalazł w swoim kraju ludzi mówiących zbliżonym językiem. I będących w podobnej sytuacji. Człowiek wyszedł z liceum, poszedł na studia i myślał, że to się wszystko jakoś samo ułoży, obrośnie w sens. Tymczasem dorosłość pachniała pustką. Nie ułożyło się nic. Ale był Skwer. A że jeszcze nikt tego wtedy nie słuchał, zagrał mi na wszystkich pre-hipsterskich sentymentach.

Oczywiście starałem się tym bakcylem zarażać. Piotr Dobry, wówczas redaktor naczelny afrocentrycznego magazynu Blek (dziś rednacz Hiro), do tej pory uważa pewnie wzdychanie do koślawo i marudnie rapujących Szarych Twarzy za jeden z najbardziej niedorzecznych tekstów jakie puścił. Kowal, naczelny sportowo-hiphopowego Ślizgu (dziś gość odpowiadający za PR w Diil Records i fan Sadistika) , znosił moje agitacyjne fanaberie nader dobrze. Ba, kiedy wcisnąłem mu do posłuchania “Pansofię”, chwalił, acz pewno przez grzeczność, bo nie wydaje mi się, żeby posłuchał. Chociaż to najbardziej punkowa płyta w Skwerze, rzecz napędzaną ewidentnie złą energią. W sumie mogła mu się podobać. W wysokonakładowym wówczas SLG poszło sporo publikacji, na dołączanej płycie znalazły się nagrania. Dobrze pamiętam, że w swojej ewangelizacyjnej misji, po wywiadzie z jednym z funkcjonujących w oficjalnym obiegu raperów, dopadłem do sprzętu i puściłem mu Międzymiastową. Jezu, miał taki wyraz twarzy jakbym pokazał mu właśnie kolekcję bezoarów i zapytał czy przynieść keczap. Zdegustowany i przerażony, strzelający wzrokiem po ścianach, rozmyślał zapewne jak by tu uciec. Może dlatego, że na skutek hołubionej w Skwerze postawy DIY (tłumaczonej w tym wypadku jako “nie do końca umiem, ale, i tak zrobię sam”) nie zrozumiał słów. A może właśnie dlatego, że je zrozumiał.

Minęło sporo lat (wybaczcie to pedalskie przejście). Zauważyłem, że Qulturap, który miał być takim przedłużeniem skwerowych “ideałów”, wydaje fajny synthpop i wysokiej jakości szurum-burum. Odwiedzając TVP (celem snucia gawędy o Magiku oczywiście), minąłem się z L.U.C., który najwyraźniej dobrze radzi sobie z konsumowaniem owoców swojej “alternatywności” – swoją drogą winszuję wszystkim tym, którzy się na ten jego “awangardowy hip-hop” dali nabrać, bo długo będziecie się wstydzić. Pani, która napisała w felietonie, że w The Roots nie grają czarni muzycy, okrzyknęła Roberta Piernikowskiego eksperymentalnym raperem numer jeden. Na najświeższych bitach w branży kończą albo fiszowe pociotki, albo psychorapowi epigoni. Z kolei pod puszczanymi kiedyś przez Ślizg “skwerowymi” numerami, znalazło się na You Tube sporo komentarzy, z których dowiedziałem się, że to dla ludzi było ważne. Odezwałem się więc do Wojtka Cichonia vel Kidda, z pulą pomysłów odnośnie tego jak Skwer powinien wyglądać. W końcu nawet jeśli przez kilka lat temat został poniekąd odpuszczony (nie sugerujcie się listą produkcji i datami, bo to swoista manipulacja – doszło tam sporo pozycji z archiwaliów obecnych członków, które nigdy z myślą o Skwerze nie były nagrywane), to w międzyczasie nikt nie poszedł tą drogą tak, by nie zabłądzić. Nie wydarzyło się absolutnie nic, co spowodowałoby, że tropu nie można teraz podjąć. Odpowiedział krótko: “właśnie je wdrażamy”.

Z Cichoniem ciekawa sprawa. Byłem gotów myśleć, że zajmie się anglosaską beletrystyką i slamem, dyskutując o jednym i drugim w gronie osób o dziwnych imionach w przerwach między siorbaniem wina. Że będziemy się mijać na festiwalach narzekając na kredyty i chwaląc się planami na wakacje, podśmiewając odrobinkę ze starego Skweru, co swoją drogą robimy. Tymczasem facet zaskoczył mnie “Działami Zabranymi”, pierwszym takim urban spoken wordem na bitach Goldiego, który z niezłej strony pokazał się w Osete i błysnął na intrygujących, instrumentalnych “Śladach Stóp”. Dziwne to były działa, bo strzelały raczej jak snajper, bez dymu, zamieszania, huku, za to prosto w cel. I kaleczyły nie od zewnątrz, a od środka. Cofnęły mnie do bezradności z początku studiów, odarły z pewności parę życiowych decyzji, znowu pożegnałem kilka nocy, gnijąc w wannie z postawionym obok boomboksem, zmuszony myśleć o tym, o czym dla swojego dobra myśleć raczej się nie powinno. Pieprzyć to, nie o własny komfort w tym wszystkim jedynie chodzi.

Co ważne, Kidd wreszcie nie jest jedyną lokomotywą pociągową. Wreszcie może patrzeć jak Skwer rośnie w siłę, zamiast rozłazić się w szwach. Na moich oczach Cruz ze słabego, poruszającego się chwiejnym krokiem trolla zmienia się w zdolnego prowokatora, który umie już zamknąć pasję w obrębie nagrania i utrzymać w rękach ciężką broń. Żadne to “działo zabrane”, za to spluwa nabita została ostrą amunicją. Kecaj zostawia habit lękliwego kaznodziei, by wydobyć spod niego dobrze dobierającego słowa rapera umiejącego rozegrać swoją wrażliwość. Do tego robi klip nie przypominający w końcu arthousowego pastiszu. Producenci, m.in. ci z Palmer Eldritch, Eufoteoria, Rekombinacja czy Zaspał, z ich niezakłóconą dzieleniem na muzyki gatunki percepcją, sprawiają, że chęć przekraczania granic to już nie tylko teoria. Będzie co tylko chcecie: dreampop i slowdive, ambient, “elektroniczny freestyle”, breakcore i glitch, TECHNO w pięciu smakach.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Skwer wreszcie doczekał się odrobiny uwagi. Widać to idąc od literackich magazynów, przez polskie, niezalowe wersje Pitchforka i duże alternatywne portale, do niedostępnych dla wynalazków takich jak Napszykłat czy Niwea i tym cenniejszych, hip-hopowych blogów i serwisów. Bardzo zdrowym zjawiskiem jest to, że skwerowe nabytki sprzyjają łączeniu wydawniczych kropek – Eufoteoria ma płytę w Export Label, a Rowlf The Dawg w SoFarUnknown. Cóż, bardzo chciałbym jeszcze, żeby Goldi czy PE wypuścił coś w EtRecs, bo to mogłoby naprowadzić odbiorców na jeszcze jeden fajny trop. W każdym razie Kidd i spółka są w grze, wychodząc poza obszar zainteresowań życiowych inwalidów błakąjących się po dziwnych stronach, insiderów do sześcianu.
Chciałem dodać na koniec jakąś sążnistą mickiewiczowską apostrofę, mądre podsumowanie bądź dobre copywriterskie “call to action”, ale nastąpiło deus-kosmateus ex machina, bowiem odezwał się do mnie zaprzyjaźniony producent. “Wiesz, możesz mi powiedzieć, że jestem arogantem i gówno wiem o tym co teraz się w muzyce dzieje, ale te rzeczy niezależnie od wszystkiego szukają swojej ścieżki i nie silą się sztucznie, żeby być zajebistymi, tylko po prostu wbijają się do ucha i tańczą z emocjami” – powiedział o Skwerze nieproszony. Nie ma lepszej puenty. Pozwólmy potańczyć.

Marcin Flint

    Leave a Reply