skwer.org: Muzyczne podsumowanie roku 2016

foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com
foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com

Rok 2016 zastał nas, gdy wciąż jeszcze byliśmy optymistami. Jasne, wszyscy widzieli zakręty, ale przecież przejdziemy przez nie gładko, już nie takie rzeczy musiała omijać cywilizacja zachodu. Teraz wiemy, że nie przeszliśmy. Zostaliśmy sami, poobijani przez post-prawdę, zniesmaczeni internetową post-beką i przytłoczeni śmiercią kilku znamienitych postaci. 2016 zapewne przejdzie do historii dzięki całej stercie martwych celebrytów, od tak zapomnianych jak Pete Burns, po tak uwielbianych jak David Bowie i tak znaczących jak George Martin. Wydaje się, że to jest temat najważniejszy w podsumowaniach roku. Niestety, mało kto pamięta, że w gruncie rzeczy wyrządzamy tym krzywdę wszystkim muzykom, którzy odważyli się wydawać płyty w minionym roku. Wszystkie wymieniane postacie miały w końcu życiową szansę i wykorzystały ją w stu procentach. Nie widzę powodu, by zakończenie udanych karier miało być tematem dominującym nad tymi, którzy mają szansę teraz i starają się z niej wyciągnąć maksimum. W czysto muzycznej materii zaś jesteśmy świadkami niezwykle ciekawego procesu. Muzycy starają się destylować całe gatunki, a nieraz i kultury muzyczne. Najlepiej widoczne to jest w muzyce czarnej, w której temat po Kendricku Lamarze podjęła Beyonce, Solange i zdecydowanie najlepiej Anderson .Paak. Ciężko dociec przyczyn tego procesu. Czyżby internet, który pozwolił właściwie każdemu na dostęp do całej muzyki i dzięki temu edukacji muzycznej, której nie miały wcześniejsze pokolenia? A może właśnie biednienie klasy średniej (która jest największym odbiorcą kultury) sprawia, że muzycy decydują się obstawiać pewniaki? W końcu taki sam mechanizm decyduje o całym kształcie kina popularnego i kolejnych nudnych franczyzach. Co by się nie działo, wciąż mam wrażenie, że pod względem muzycznym najciekawsze przed nami.

Cruz

Show Me The Body – Body War

Smakowity kąsek dla fanów odjechanego punkhopu w stylu Death Grips, przy czym goście elektroklawisze zastąpili banjo. Żałuję, że nie udało mi się zobaczyć ich na Offie, tym bardziej, że wokalista tak świrował, że połamany przerwał koncert po piętnastu minutach. Niech to wystarczy za rekomendację.

Gaslamp Killer – Instrumentalepathy

Jestem fanem klimatu, który Gaslamp potrafi zbudować, od kiedy usłyszałem „Breakthrough”. Niestety, najnowszemu albumowi można zarzucić wtórność i nieco mniej przebojowości niż poprzedni, jest to jednak wciąż bardzo ciekawa posthiphopowa muzyka z brudnym, nieoczywistym brzmieniem i głęboko osadzonymi brejkami. Akuratna na tę porę roku. Polecam zwłaszcza zaznajomionym, pozostałych odsyłam do „Breakthrough” z 2012 roku.

СКОТОБОЙНЯ (Skotoboynia)

To już typowy odpał dla dziwaków, którzy lubią szybsze tempo. Hardcorowy projekt z Rosji, znany przede wszystkim Wixapolakom i reszcie nowej jadącej wiary. Goście grają śmieszne hardcory w każdym możliwym odcieniu, inspirując się holenderską klasyką, donkami i dresowym klimatem moskiewskich blokowisk. Sposób w jaki montują swoje klipy, stanowi dla mnie inspirację w klejeniu własnych. Na imprezkę ideolo. Niestety, do tej pory bez żadnego wydawnictwa. Eta ruski underground!

digan

Sarathy Korwar – Day to Day

Sarathy znalazł się tu, ponieważ jako jeden z nielicznych artystów wyszedł poza europejski krąg kulturowy i niczym tornado zaczął wciągać wszystko, co pasowało mu do jego koncepcji muzycznej. Bliskowschodnie perkusjonalia, flety i instrumenty strunowe tworzą zupełnie nową dźwiękową jakość. Jakość, która równocześnie nie epatuje tanią egzotycznością, tylko raczej pełnym zrozumieniem tego, co dany instrument ma robić, gdzie i w jaki sposób. Jest wykorzystaniem muzyki bliskowschodniej nie na zasadzie ciekawostki, a jako w pełni uprawnionego tworzywa muzycznego. Zaskakujące jest, jak płynnie i smacznie łączy się to z jazzem, chociaż z punktu widzenia samej teorii muzyki jest to w pełni uprawnione; w końcu to jazz wciąż najlepiej wykorzystuje wszystkie zawiłości kolejnych skal i polirytmii. A Sarathy śmiało WYZNACZA KIERUNEK i pokazuje, z których końców naszych spektrów muzycznych możemy zacząć kleić nową muzykę. I równocześnie pokazuje, że z jazzu wciąż daje się wyciosać fajne, nieoczywiste numery, że jest jednym z żywotniejszych gatunków muzyki, pomimo tego, że już sto razy chowano go do grobu. Nie tylko dlatego zresztą płyta Sarathy’ego jest tak ważna. Mieszanie się kultur jest właściwie czymś nieuniknionym, coś, co tylko możemy odwlec w czasie, ale takie nagrania pokazują, że nie ma się czego obawiać, że tylko na tym skorzystamy. Będzie ciekawiej i przyjemniej, zobaczycie.

Zamilska – Undone

Zamilska również wzięła się za zderzanie dwóch różnych tradycji muzycznych. Potraktowała techno jako punkt wyjścia i ruszyła do przodu, ale mój boże, w jakim stylu. Zdecydowała się pokombinować z brzmieniami, wprowadzając na przykład nagrania terenowe, z marszu kojarzące się z Bliskim Wschodem. Jej twardy, głośny styl doskonale łączy się ze wschodnim instrumentarium, czyni z płyty raczej opowieść o chaosie panującym w wiadomych regionach, o tragedii uchodźców i tak dalej. Zamilska zaskakuje również porzuceniem typowych dla techno podziałów rytmicznych. Miejscami znika typowa pompka cztery na cztery, a dostajemy w zamian różnego rodzaju łamańce. Co – w połączeniu z opisywanym wcześniej brzmieniem – sprawia, że płyta jeszcze lepiej transmituje nerwowość współczesnego świata, neurozę i zagubienie. Chyba najbardziej na płycie mi wchodzi mi „Smash”, otwierany samplami z pieśni. Po pewnym czasie wracamy do typowej pompki, ale razem z burczącym basem i krzykami w językach świata potęgują one wspomnianą nerwową reakcję. Bardzo duży krok w przód ze strony Zamilskiej. Już „Untune” z 2014 potrafiło zaskoczyć, ale to właśnie „Undone” jest tą płytą, która robi różnicę i sprawia, że Zamilską należy chyba zacząć traktować jako artystkę osobną, że należy zacząć pilnie przyglądać się jej kolejnym poczynaniom. Polska płyta roku.

Nick Cave & The Bad Seeds – Skeleton Tree

Nick Cave dokonał właściwie niemożliwego. Udało mu się swoją własną traumę, jedną z najboleśniejszych z możliwych, wyrwać z samego siebie, ociosać z kontekstu, wydestylować i zamknąć w formie piosenek. Wszystko to zrobił na tyle sprawnie, że jego tragiczne emocje stały się właściwie uniwersalne i przyswajalne dla każdego. Mamy więc piosenki o rozstaniu/utracie kogoś bliskiego. Wszystkie one wydają się nieraz ledwo szkicami. Często gubią formę, rozpadają się na naszych oczach pod wpływem kolejnych emocji, które chce przekazać Nick Cave. Zaskakuje też brak jakiejkolwiek kontroli. Czasem piosenki wydają się zbyt bezpośrednie, zbyt proste, ale nawet jeśli takie są – to tylko wzmaga to poczucie, że Nick Cave po prostu musi przerobić traumę za wszelką cenę, wyrzucić z siebie emocje, by znaleźć ukojenie. Ukojenie zresztą przychodzi pod koniec płyty, ale jak dla mnie jest jeden z jej słabszych momentów, który nieco burzy intymność tego wydawnictwa. Obcowanie z tą płytą zawsze kosztuje mnie trochę nerwów, zdrowia i dobrego humoru, ale nikt nie mówił, że dobra sztuka ma być lekka, łatwa i przyjemna.

Estragon

Kate Tempest – Let them eat chaos

O Kate słyszałem wiele lat temu, ale żaden z dotychczasowych albumów nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak ubiegłoroczny „Let them eat chaos”. To nie jest zwykła spoken wordowa płyta, to płyta epokowa, a Kate jest głosem pokolenia. Mojego, może i waszego. Kocham jej umiłowanie do szczegółów, który wyraża np. w „Europe is lost”, gdzie zaczyna swój tekst od słów: „In the basement flat, by the garages/Where people dump their mattresses/Esther’s in her kitchen, making sandwiches”. Przekaz jest tu też mocny – społecznie i politycznie zaangażowany. Co ja tu będę się produkował. Posłuchajcie.

Mirt – Random soundtrack

Serio, w 2016 miałem dosyć słuchania już instrumentalnej elektroniki, która była kopią Dj Shadowa, Dj Krusha czy nawet Bonobo. Ile można produkować taką muzykę? Nic do niej nie mam. Po prostu przesyt. „Random soundtrack” Mirta, to opowieść zbudowana na field recordings, gdzie dogrywane i dosamplowywane elementy tworzą piękną kompozycję. Nie uczyłem się tytułów na pamięć, ale to wszystko pięknie płynie. Dodatkowo wersja winylowa ma krążek w różnych kolorach, co też dodaje smaku. Mi siedzi.

Childish Gambino – Awaken, my love

Childisha Gambino jeszcze do niedawna myliłem z Chance The Rapperem. Dawno wypadłem z obiegu jeżeli chodzi o rap. Nowe Run The Jewels jeszcze mnie nie przekonało, nowe Tribe’y są miejscami genialne, a miejscami nudne. Childish Gambino nie nagrał może płyty, która zrewolucjonizowałaby muzykę. Wszystko to już przecież było, a nawiązań do klasyki też jest tu trochę. Może poza „Californią” łykam jednak z tej płyty wszystko. Wiadomo, że nie samym undergroundem człowiek żyje. Przynajmniej powinien.

Kidd

Saul Williams – MartyrLoserKing

Rok 2016 jest rokiem bezprecedensowego rozczarowania ludzkością. Taki rok potrzebuje soundtracku, który dawałby chociaż trochę nadziei – enter “MartyrLoserKing”. Z jednej strony jestem psychofanem Saula, z drugiej byłem strasznie zawiedziony jego poprzednią płytą “Volcanic Sunlight”, która (parafrazując autora) była zrodzona z miłości. Jebać miłość (pozdro Trzaska)! “MartyrLoserKing” staje na wysokości zadania lirycznie, wykonawczo i muzycznie. Jest jedyną płytą, którą męczyłem w tym roku i mogę jej słuchać do porzygania. Do przysłowiowego “puszczenia pawia na Dziady i narodowy bezsens”.

PJ Harvey – The Hope Six Demolition Project

Kolejny głos ludzkiego sumienia. Pewnie w życiu bym nie ruszył tej płyty, gdyby nie fakt że chciałem zrobić prezent żonie. Konkretniej o tej płycie napisał Raph, natomiast ja mogę powiedzieć tylko że kiedyś będzie to piękne świadectwo czasów przed Katastrofą.

Damian Kowal

Sam Kidel – Disruptive Muzak

Zdarzyło mi się pracować na słynnej słuchawce, ale stwierdziłem, że open space’y, natrętni koledzy, ciągły hałas, team leaderzy za bardzo skupieni na osiągnięciu celu, klienci wykrzykujący w słuchawkę swoje frustracje, to nie branża dla mnie, jestem za miękki do takich zajęć. Z pracy tam pamiętam tylko muzak, który grano przy przełączaniu rozmów. Był to jakiś lekki, trzecioligowy smooth jazz, ale zapętlony w mocno „hauntologiczny” sposób. I przez te dwa tygodnie, gdy robiłem w windykacji telefonicznej, Sam Kidel i jego „Disruptive Muzak” wchodził mi doskonale. Koncept jest bardzo prosty – Sam wziął na warsztat klasyczne muzaki, dźwięki z wind, melodyjki z marketów, pociął je tak, że przestały pełnić pierwotną funkcję mebla, po czym dzwonił na różne call center i nagrywał reakcje młodszych doradców. Tak brzmi późny kapitalizm, tak brzmi sprzedaż nieistniejących aktywów.

Bachorze – Okoły gnębione wiatrem

Jazz z węglarki? Blues z wsi spalonej z powodu epidemii cholery? Muzyka atonalna spotyka się z góralską kapelą weselną? Pojęcia nie mam, co pisać o Bachorzu, ale jestem pewny, że „Okoły gnębione wiatrem” są jednym z jaśniejszych osiągnięć polskiej (i nie tylko!) muzyki w roku 2016 i okolicach. W jednej z recenzji tej płyty padło wspaniałe zdanie, które tam odnosiło się do jednego utworu, a ja ukradnę je i odniosę do całości. A brzmiało ono: „(…) brzmi to jakby Mats Gustafsson grał przy akompaniamencie kopalni odkrywkowej”.

V/A – Music of Xinjiang: Kazakh and Uyghur Music of Central Asia

Sinciang, zwany także Wschodnim Turkiestanem, jest największą i najbardziej na zachód wysuniętą prowincją Chin. Niestety, ta notka nie jest miejscem, w którym mógłbym (a chciałbym!) opisać wielowiekową i skomplikowaną historię tego rejonu, więc niech wystarczy nam stwierdzenie, że Sinciang leży mniej więcej w połowie Jedwabnego Szlaku. Skrzyżowały się tu wpływy tureckie, perskie, arabskie, chińskie i Bóg jeden wie jakie jeszcze, co dało mieszankę piękną i niedocenianą. Każdy fan tanburu i dotaru nie powinien się nawet zastanawiać nad słuchaniem, a reszta też niech nie myśli zbyt wiele i odpala, bo ta płyta przenosi w oazy Takla Makan, karawanseraje Kotliny Turfańskiej, ściąga wiatry z Tienszanu i pozwala poczuć gwarny suk w Urumczi.

Raph

David Bowie – Blackstar

Miniony rok wielu z nas zapamięta jako śmierć legend. Z „Blackstar” jest o tyle ciekawa sprawa, że przed przesłuchaniem tego albumu nie byłem specjalnie fanem Bowiego. „Low” – owszem – słuchało się od czasu do czasu, ale fenomenu „Ziggy Stardust and the Spider from Mars” nigdy nie potrafiłem w pełni zrozumieć. A tu proszę, wyszedł krążek, który zachęcił mnie do pogrzebania w bogatej dyskografii Brytyjczyka. Dzięki temu odkryłem, że to jeden z tych muzyków, którzy nawet jeśli nie zachwycą Cię na jednym krążku, nadrobią to na innym.
Pewnie tu digan by chętnie pomarudził, że dlaczego w ogóle „Blackstar”; że przecież szczyt artystyczny Davida Bowiego to numer „Space Oddity” z początku jego kariery. „Blackstar” posiada w sobie jednak tę cząstkę epickości, której ostatni raz doświadczałem przy „To Be Kind” Swans. Może to ta masywna produkcja, dynamiczne aranżacje, wychodzące zewsząd inklinacje jazzowe czy wszechobecne poczucie celowości, co nie jest aż tak powszechne? Z licznych wypowiedzi Bowiego można było wywnioskować, że właśnie do takiego krążka dążył przez karierę. A że zajęło mu to całe życie? Cóż, grunt, że się udało.

Anderson Paak – Malibu

Rok temu powiedzielibyśmy o Andersonie Pakku jako kolejnym protegowanym Dr. Dre. W przeciwieństwie do pozostałych raperów, wciągniętych w te ramy, Paakowi dość szybko udało się wydać solówkę. Ba, nawet osiągnął niemały sukces!
„Malibu” jest o tyle ciekawe, że trudno wsadzić ten album do rapowej szufladki. Rap płynnie przenika tu w śpiew, a tradycyjny w brzmieniu bit 9th Wondera poprzedza szalony disco-funk z basem rozsadzającym bębenki. Ponadto dużo tu wpływów neo-soulowych i zdaje się, że Paak wypełnia tę jałową przez ostatnie lata niszę, proponując krążek o wiele bardziej kompleksowy.
Cieszy organiczność krążka i nieustanne nawiązania do klasycznych rozwiązań, jednocześnie niewchodzące w obszary wyciągania patentów ze śmietnika z powodu mody na retro. Brzmi to trochę jakby pomieszać „To Pimp a Butterfly” z późnym The Foreign Exchange z tym, że bije z tym więcej niewymuszonej przyjemności niż w przypadku dokonań Kendricka czy Phonte’a i Nicolaya. Bezapelacyjnie album roku.

Aesop Rock – The Impossible Kid

Wiem, że Run The Jewels zniszczyło końcówkę roku i zmiażdżyło ładnie ułożone, gotowe do publikacji podsumowania roku. Ale co ja na to poradzę, że Aesop Rock to dla mnie król tekstów, a od czasów trzeciego Felta również król bitmaszyny?
„The Impossible Kid” jest tym ciekawsze, że to prawdopodobnie najbardziej przystępna pozycja w całej dyskografii amerykańskiego rapera. Bo czy pamiętacie, aby kiedykolwiek napisał coś tak słabo najeżone metaforami jak „Blood Sandwich”? Czy kiedykolwiek otwierał się tak dobitnie jak w przypadku „Dorks” czy „Shrunk”? Linijek, które można cytować bez wgryzania się w Geniusa jest coraz więcej, ale też pomagają one zrozumieć, jak bardzo złożony jest tok myślenia rapera. Zresztą, Aesop to jeden z tych raperów, dla których Genius istnieje, więc nawet gdy zatraca się w przenoszeniu nas w inny świat, w żaden sposób to nie boli, a jedynie zachęca do podjęcia tropów.
Bity to też rzecz piękna: niby dużo tu czerpania z dziedzictwa Def Jux, a szaleństwo w łączeniu sampli z syntezatorami i wdrażaniu to w chory, funkowy vibe to rzecz, której niewątpliwie Aes nauczył się od El-Producto. Ale o ile członek Run The Jewels poszedł w kierunku nowoczesności, tak Aesop wciąż twardo hołduje klasyce, nawet gdy bogactwo aranżacji poraża.
Całościowo wciąż bardziej cenię „Skelethon”, ale „The Impossible Kid” brzmi po prostu jak cholernie udany sequel tamtej pozycji. Warto sprawdzić.

skwer.org

    Leave a Reply