Kecaj: Gdyby tak wyglądał ten rap, hip-hop, to nigdy nie zacząłbym nawijać.

foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com
foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com

Wydawało się, że będzie to diabelsko nudne lato. Co prawda nowa Fifa dotarła do nas dopiero kilka miesięcy temu, ale już potrafiliśmy ojebać plejaka na najwyższym levelu, a ja zostałem mistrzem na osiedlu, ogrywając kumpli jednego po drugim. Na dworze patelnia niemiłosierna, więc nikomu nie chciało się ruszyć dupy, żeby zagrać w kosza albo w nogę. Poza tym po co, skoro wszystko było na pleju. Siedzieliśmy na strychu u Heńka, miał zajebistą miejscówę, klimatyzowaną i szczelnie zamkniętą. Jednak nuda nas trochę dobijała, do tego stopnia, że wyciągnęliśmy najstarszą grę planszową – eurobusiness i trochę dla beki zaczęliśmy grać. Po pierwszych paru dżołkach o posuwaniu pionków, znużenie letnie wróciło. Mimo to rzucaliśmy po kolei kostką, kupowaliśmy miasta, a w przerwach ugniataliśmy bąble w naszych najaczach. Wtedy przyszedł Stivi (kurwa, jego starzy dali mu na imię Stefan, czaisz?) i z Samsunga zapuścił na Youtubie jakiś kawałek gdzie śpiewali Diho i Sentino. To był znak! Przed nami fejkowa kasa z najstarszej planszówki świata, a goście jadą „trzydzieści koła, pięćdziesiąt koła” i refrenowe, zajebiste „liczę ten haaaajs”. Kawałek poleciał trzy razy, potem czwarty, przy piątym zaczęliśmy łapać stosy sztucznych hajsów i rzucać je w powietrze. Henio na szybko wyczaił w skrzyni jakieś okulary przeciwsłoneczne i przy ósmym ripicie byliśmy już full opcja – ciemne szkła, rozrzucany hajs i palce na nosie (wtedy za chuj nie wiedzieliśmy po co, ale mus to mus). Wakacje przestały być nudne.

Minęły nam trzy-cztery dni na osłuchiwaniu się ze wszystkim, co Sentino czy Diho wrzucili w sieć. To był przełom na każdej flance: w życiu, w kulturze tego zajebanego kraju i w muzyce. Musieliśmy coś zrobić, koniecznie. Stivi powiedział, że jest ponoć jakiś kolo na osiedlu, który robi jakieś muzyczki, biciki czy coś. Podbiliśmy do gościa od razu, na pełnej, z pytaniem czy ma jakąś muzyczkę w stylu Sentino. Musieliśmy na szybko zrobić ściepę z kieszonkowego, po pięćdziesiąt od łebka (ja, Stivi i Heniek), bo kolo trzaskał je już od roku, miał ich w chuj na soundcloudzie, to i tak pięknie po znajomości dał nam po pięć dyszek za bit. Słuchaliśmy tych nutek jak pojebani, na ripicie znowu! Brakowało nam tylko tekstów, więc siedliśmy do kompa i googlując nazwy najdroższych szampanów i samochodów, staraliśmy się ułożyć z nich rymy i powiem wam, kurwa, nie wiedziałem, że to takie proste! Pod rasowe brzmienia od Gitmjuzika (tak się zwał nasz mistrz muzyczek) jechaliśmy pierwsze linijki: „Cristal zakupiony, a nie jakieś wódki, dżiny, kurwo, jakie Mitsubishi? Stoi czarne Lamborghini”. Po czterech godzinach mieliśmy trzy kawałki, po następnych dwóch umieliśmy na pamięć swoje kwestie i refreny. Gitmjuzik podał nam namiary na kolesia z osiedla, który miał jakieś domowe studio i wbiliśmy do typa napakowani emocjami i chęcią podbicia świata. Niestety był koniec miesiąca, więc u mnie i Stiva z hajsem krucho, ale Heniek poprosił starego, który forsą to chyba srał i wyskoczył ze stówki na naszą sesję. Trwała ona niecałe dwie godziny, bo Hubert (gość od studia, trochę taki pedałek z gitarą, ale znał się na rejestracji dźwięków) mocno ciął te wokale, żeby pasowało i dokręcał jakieś pogłosy, które nadawały naszym głosom zajebistości. Henio wyskoczył ze stówy i dostaliśmy na pendrive nasze trzy kawałki. Kurwa, myślałem, że wyskoczę ze swoich kicksów. Idąc przez osiedle, miałem wrażenie, że ludzie gapiący się w kieszenie moich obcisłych rurek, wiedzieli, że to co się tam odciska, to nośnik pamięci z hitami, które dadzą nam hajs. Piękny moment. Założyliśmy soundclouda i wrzuciliśmy na prędkości kawałki tam i na youtuba. Pięc minut po tym jak poszły linki na fejsie, pół szkoły wiedziało, co jest grane. Lajki, lajki, lajki, kurwa, moc!

Wakacje szybko się skończyły, co tym razem wcale nas nie martwiło. Wiedzieliśmy, że wejdziemy do szkoły jako inni ludzie. Nie pomyliliśmy się, piątka tu, oczko od lali tam, nawet goście z trzeciej gimnazjum coś podbijali i chwalili, a przecież byli rok starsi! Jessica z 2c, która miała chyba najlepsze cycki w całej szkole, przechodząc obok mnie, złapała mój tyłek tak soczyście, że mi całkowicie odbiło, ale to też był znak! Pięć minut później, Heniek pokazał na YT nowy numer od Sentino, trochę dyskotekowy (Heniek trochę marudził, ale ja sądzę, że to dobrze iść z duchem nowoczesności), gdzie nasz mistrz śpiewał do duperek, żeby mówiły na niego “Tatuażyk”. Trochę w tajemnicy przed chłopakami wbiłem do Gitmjuzika z pytaniem, czy miałby coś na tę nutę. Trochę pomarudził, ale wyskubał coś z otchłani kompa, powiedział jednak, że stówa. No nic, ściemniłem starych, ale wychrapałem stówę. Kawałek powstał szybko, można powiedzieć, że już po trzech godzinach byłem u Huberta na chacie, z pięcioma dyszkami w dłoni i gorącą prośbą o nagranie mojego wokalu. Muzyka nie siadła naszemu mistrzowi od masteringu, ale jak dodałem tekst, powiedział, że fajne i wycisnął moje emocje z wokalu jak sok z cytryny. Byłem lekko chamski, lekko figlarny, ale wiedziałem, że Jessicę to ruszy. Nie pomyliłem się – dwadzieścia minut po wysłaniu jej linka, napisała mi, że przeprasza za późną odpowiedź, ale nie mogła przestać słuchać! Enigmatycznie machnęła na do widzenia, że na nadchodzącej wyciecze „podziękuje mi osobiście za ten kawałek”. Marzenia zaczęły się spełniać. Ponieważ jestem ambitny, wiedziałem, że mogę więcej, więc wysłałem numer jeszcze trzem koleżankom Jessici, licząc, że na wycieczce odjebiemy razem jakiś trójkąt, albo na nieświadomce jakieś inne szalone gówno osobno.

Parę dni potem podjarany Heniek przybiegł z informacją dnia, a może życia: zagramy koncert! Jego starszy brat, znał kogoś, kto zna kogoś, kto… wiecie jak to jest. Ale fakt był jeden – zagramy, nasza sława pójdzie w górę. Przy okazji ów brat umówił nas z jakimś oldschoolowym gościem od hip-hopu, który mógłby dać nam jakieś muzyczki za frajer. Dobra opcja. Poszliśmy do gościa, a ten zaczął nam puszczać te swoje pierdo-gówno. Zero elektroniki, jakieś kurwa skrzypce, albo przyspieszone wokale zapętlone w rytm, normalnie chore gówno. Jak zobaczył nasze blade twarze, zapuścił jakieś kawałki, chyba kurwa ze średniowiecza, Grammatik i Dizkret, że kurwa niby dobre. Żal. Normalnie dno. Goście nie mieli chyba nic, bo napierdalali o jakiś tam swoich tekstach, samopoczuciu i innych marudzeniach. Nic o autach, zero hajsu, zero szpanu. Kurwa, gdyby tak wyglądał ten rap, hip-hop, to nigdy nie zacząłbym nawijać. Nie skumaliśmy po co gość nam to puszcza, a na dodatek jak typ posłuchał naszych kawałków, zaczął się śmiać, więc Henio kontrolnie rzucił mu w twarz „ty pedale!” i wyszliśmy uśmiani po pachy. Po powrocie na miejscówę, nasze życie znowu nabrało rozpędu. Mieliśmy świeże „Gitmjuziki” po pięćdziesiąt za sztukę, a Stivi wysypał na stół biały proch. Jebaną białą magię, o której nawinął Sentino. Heniek poleciał na dół bo banknoty – pięć setek położyliśmy na stole, jedną zwinęliśmy w rurkę i zajebaliśmy po nosie pierwszy raz w życiu. Kurwa, ale moc! Walnęliśmy jeszcze po fotce z naszego przeistoczenia i na pełnej bombie zajebaliśmy od razu trzy kawałki. Wiedzieliśmy, że nasze życie się zmienia. Wtedy nadszedł przełomowy czas.

Pojechaliśmy na planowaną wycieczkę szkolną. W pociągu były browary, śmiechy i głębokie spojrzenia w oczy Jessici. Po zakwaterowaniu po cichu jebnęliśmy po nosie z Heńkiem i Stivem i ruszyliśmy na dupy. Sypałem żartami jak z rękawa, czułem moc, wiedziałem, że to jest mój czas. W nocy wymsknąłem się z pokoju, żeby dostać swoją nagrodę za kawałek. I wtedy wszystko strzelił chuj. Wbiłem do pokoju Dżesiki, którą w tym samym momencie posuwał Heniek! Stivi obrabiał jedną z koleżanek, której też wysłałem moje dzieło. Jebane chuje! Trzecia koleżanka spała ujebana browarami i stałem tam na środku pokoju jak słup w polu, sam. Jessica krzyknęła, żebym wylazł i przyszedł może za dziesięć minut. Jak to kurwa? Weźmie mnie drugiego z kolejki? Poszedłem do pobliskiego lasu i płakałem jak bóbr. Rano okazało się, że nie tylko ja wpadłem na własną wersję „Tatuażyku”, ale moi koledzy byli nie mniej zdeterminowani. Co prawda, laski chciały mnie na „pierwszego” kolejnej nocy, ale ja, kurwa, mam swoje zasady. Całą drogę powrotną nie zamieniłem z chłopakami ani słowa. Oni natomiast bawili się znakomicie, strzelając salwami śmiechu raz po raz. Jedyne, co mnie trzymało przy nich, to koncert, który miał się odbyć następnego wieczora.

Wbiliśmy do klubu też po browarach, z torebką z proszkiem w kieszeni, do zajebania przez koncertem. Heniek poszedł po hajs do typka, który to organizował i wtedy zaczęły się jaja. Gość zdziwiony zapytał „jaki kurwa hajs?” i powiedział, że może nam dać po piwku, a nie tysiaka, jak zażądał Heniek. Stivi powiedział, że to pierdoli i nie będzie opierdalał mikrofonu za piwo typu Tyskie, ja chciałem lać organizatora i tylko Heniek mnie powstrzymał, tłumacząc, że gość jest starszy, silniejszy, a nie daliśmy jeszcze po nosie, żeby mieć moc. Widziałem twarze znajomków ze szkoły, dupy nas podszczypywały co krok i jak tu, kurwa, nie zagrać? Z drugiej strony, jak mam wyjść na scenę i nawijać o moim hajsie, skoro jakiś powsinoga z klubu nie dał mi ani dyszki? Wyszliśmy na zewnątrz, omówić cały problem. Wtedy myślałem, że jebnę – Heniek chciał grać, bo to kurwa pierwszy raz, bo ziomki, ale uwaga, oczywiście też dupy, bo dupy czekają. Tutaj się przelała czara goryczy. Wypomniałem im krzywą akcję z wycieczki i powiedziałem, że może Jessica też daje za browara. Wkurwiony rzucałem na lewo i prawo chujami i dziwkami, które nic nie potrafią. Na koniec dodałem, że za browara to ja się jebać z tym nie będę. Stiv, który był niby podobnego zdania o koncercie, rzucił tylko, że jestem pizda i sam sobie jestem winien, a Heniek dodał, że jak nie zagramy, to mamy mu oddać dwie stówy za to, co zainwestował w ćpanie i ostatnie dwa bity od Gitmjuzika. Rzuciłem „spierdalaj” i wkurwiony poszedłem do domu. Mijając na schodach Jessicę rzuciłem na pełnej „Jeszcze zliżesz mi proch, kutas, a nie foch, suko” i wbiłem wkurwiony na kwadrat.

Stwierdziłem jednak szybko, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Poczułem moc swojego talentu i wiedziałem, że tak tego nie zostawię. Jedna porażka może rozpocząć inny rozdział prowadzący do sukcesu. Złapałem za komórkę i napisałem nowe zwrotki. Symbolicznie i z premedytacją, pierwszą linijką był tekst rzucony na odchodne Jessice: „jeszcze zliżesz mi proch, kutas nie foch, suko… każda porażka jest dla mnie nauką!”.

Kecaj

    Leave a Reply