Rafał “Raph” Samborski: Hip-Hop Zrujnował Moje Życie

foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com
foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com

Nienawiść do hip-hopu – tak zostałem wychowany
Kto go zaczął robić, ten na zawsze przegrany

– nowoczesna parafraza utworu „Nienawiść” autorstwa wieszcza Roberta Darkowskiego

KRS One mówił, że rap jest tym, co robisz, Hip-Hop jest tym, czym żyjesz. Jeżeli tak to, Hip-Hop z czasem stał się strasznym skurwielem – do tego stopnia, że nikt go już nie szanuje i nawet jego imienia nie piszą już z dużej litery. Oczywiście, w Polsce znalazło się mnóstwo mądrych głów, które wiedzą więcej i zauważyły, że rap to prymitywne małpy z getta, a hip-hop to z tej pięknej, nieskazitelnie białej, polskiej, słowiańskiej krwi, co to pogardza czerwoną farbą na balkonach w akademikach.

A przecież Hip-Hop miał nieść pozytywny przekaz i znosić wszelkie granice. Pamiętacie, kogo pozdrawiał i czego oczekiwał od ludzi Wonder Mike w „Rapper’s Delight”? Wbrew powszechnej opinii to nie była muzyka wyniesiona z czarnych gett utworzona pod ciężarem dziewięciomilimetrowego kalibra, ale koncepcyjnie wywodząca się z funku i disco, przez co nakierowana na zmuszenie twoich stawów do przeciążenia. Nic dziwnego, że przestaliśmy pisać słowo „Hip-Hop” z dużej litery – w kolejnych latach pozostał nam wyłącznie mały hip-hop, będący zdeformowaną wersją samego siebie. To z kolei w prostej linii prowadziło do stereotypów. Nie przyznawaj się nigdy w pracy i w szkole, że kiedykolwiek zajmowałeś się rapowaniem – choćbyś był najbardziej pracowitą osobą na świecie i tak zostaniesz sprowadzony do „joł joł” i „zapodaj bita”. Chciałoby się zapłakać nad ignorancją osób wokół, ale przecież hip-hop w upowszechnieniu takiego stereotypu miał spore zasługi. Przez to nie dziwi wybuch popularności Taco Hemingwaya (lepiej rapowałeś po angielsku, Fifi – obserwowałem Cię na soundcloudzie!) – ludzie byli w szoku, że raper może być całkiem normalnym człowiekiem, którego rankiem spotkają w agencji reklamowej, wieczorem w knajpie, a mama pod koniec miesiąca robi przelew.

Kiedy Buck 65 ponad dekadę temu rzucił w utworze „Surrender to Strangeness” słowa „Hip-Hop zrujnował moje życie”, a w magazynie Kerrang! ogłaszał swoją nienawiść do gatunku, na forach internetowych zawrzało. Bo jak to? Rapujący koleś czuje niechęć do muzyki, którą tworzy? To po co w ogóle bierze mikrofon? Znacznie mniejszym echem odbiły się w Polsce słowa Danego w zielonogórskiej audycji Index Rapu. Członek Poemy Faktu ogłaszał wówczas skorumpowanie hip-hopu i wzywał do jego odrzucenia. Mimo małego zasięgu można było odnotować głosy oburzenia. Problem w tym, że taki odbiór słów był niczym dissowanie Kendricka Lamara w reakcji na „Control”. W końcu równie dobrze Buck i Dany mogli powiedzieć po prostu „hej, raperzy, świat nie kończy się na trzech wartościach – otwórzcie swoje głowy”. Gorzej, że patrzysz po tej dekadzie i myślisz „nie otworzyli”.

Nie da się ukryć: oglądanie Hip Hop TV – programu telewizyjnego, w którym puszczane są wyłącznie polskie klipy rapowe – to trauma. Powiedziałbym chętnie, że gdybym dzisiaj miał znowu zajarać się rapem, to nie widziałbym żadnych szans, bo ten współczesny treściowo jest mniej angażujący niż tracki grane ponad dziesięć lat temu, kiedy to jeszcze twierdziłem, że mam miłość do kultury i oburzałem się na powstawanie grup w stylu Hop-Kids (wygoogle’ujcie, jeśli nie wiecie co to było). Ale to nieprawda, bo w dużej mierze mamy do czynienia z tym samym, co kiedyś. I to jest najbardziej przerażające, bo kiedy zmieniają się twarze, mentalność pozostaje ta sama. Więc wciąż patrzysz na nieskażonych myślą facetów, którzy nasłuchali się Molesty, ZIP Składu, a największy underground, jaki kojarzą z zagranicy to – przy dobrych wiatrach – Mobb Deep. Dorosłych mężczyzn, których zachowanie nakazywałoby jednak sprawdzenie dowodów osobistych, bo albo bezsensownie machają łapami nad głowami albo pokazują środkowy palec do kamery. Przy czym ich jakże odkrywcze myśli o paleniu mostów, całowaniu w dupę albo trzymaniu się twardo ziemi traktowane są jako najwyższe mądrości życiowe i szeroko szerowane na portalach typu temysli.pl albo zyciowe.net.

Zawsze możesz powiedzieć, że jest trap, bo przecież miał on być alternatywą dla tych zatwardziałych troglodytów, zwanych przez fanatyków ogólnie „truskulowcami” (choć w wielu przypadkach nie ma to żadnego pokrycia z rzeczywistością, ale nie będziemy tu rozwodzić się nad tym, czym jest naprawdę truskul i dlaczego jest go teraz tak mało). Szkopuł tkwi w tym, że nie jest, bo to kolejna powtórka tego, czego doświadczaliśmy w historii hip-hopu już wielokrotnie. Przypomnijcie sobie, czym karmił nas Master P, jaki to futurystyczny miał być bounce i jak to bardzo nowoczesne były crunk oraz hyphy. Trap to rozwinięcie idei, funkcjonującej w rapie co najmniej dwie dekady, a przez to czerpie z dziedzictwa hip-hopu całymi garściami. Podobnie jak poprzednie realizacje tej „nowoczesnej odmiany rapu”, cierpi jednak na trzy podstawowe wady: brak treści, dychotomię myślenia oraz agresywnych i bezkrytycznych odbiorców (co łączy się po części z punktem drugim). I w związku z tym można przypuszczać, że to kolejna moda. Póki nowoczesna odmiana hip-hopu nie zaakceptuje swoich źródeł, nie zacznie być czymś więcej niż wyłącznie znakiem swoich czasów.

Tylko – właśnie – co do odbiorców: w chwili, kiedy to piszę do internetu wypłynął filmik z wypowiedziami przypadkowo złapanych słuchaczy hip-hopu na festiwalu w Nysie. Czego oczekują od raperów? Mocnego, prawdziwego przekazu, ojczyźnianych hymnów i słów poparcia dla legalizacji „baki”. Można się tu zastanawiać, czy w ogóle jest sens utożsamiać się jeszcze z kulturą, która sama sobie umniejszyła i której pierwotne założenia wydają się znane zaledwie garstce? Śmiem wątpić.

Rafał „Raph” Samborski

    Leave a Reply