skwer.org: Muzyczne podsumowanie roku 2015

foto: wojtekidd
foto: instagram.com/wojtekidd

Zgodzicie się chyba, że rok 2015 był rokiem pełnym wrażeń, zmian i intrygujących zjawisk. Brakłoby miejsca w tym wstępie, gdyby chcieć je wszystkie opisać, ale, zdaje się, co do jednego można się zgodzić – przyszło nam żyć w ciekawych czasach i można się tylko zastanawiać, czy są to ciekawe czasy ze znanej chińskiej klątwy. Równie ciekawe rzeczy w 2015 działy się w muzyce, a ponieważ muzyka też mówi coś o wydarzeniach na świecie, prezentujemy wam płyty, które w ubiegłym roku do nas przemówiły najbardziej. Życzymy miłego odbioru.

Cruz

Salut C’est Cool – Mon Premier EP/Sur le theme des grandes découvertes

Pierwszy raz miałem okazję usłyszeć tych wariatów na Wixapolu, imprezie, gdzie gra się głównie rave i happy hardcore, ale didżeje potrafią przypierdolić też coś nieco bardziej progresywnego. Wśród laserów i fluorescencyjnych sznurówek nagle wchodzi to:

„Techno toujors pareil” to mój osobisty numer roku. Towarzyszył wszystkim dziwnym domówkom, był częścią wakacyjnego soundtracku. Można go znależć na dwóch wydawnictwach tej francuskiej grupy, które ukazały się jakoś na początku 2015. Chłopaki tworzą muzykę jednocześnie przyjemną i niepokojącą, ani jednoznacznie mroczną, ani uśmiechniętą (takie podejście mi siedzi najbardziej). Jest to muzyka robiona z ogromnym dystansem i cały czas mocno taneczna.

Darmowy odsłuch.

Hotline Miami 2: Wrong Number Soundtrack

Odpalając drugą część Hotline Miami miałem obawy względem ścieżki muzycznej. Soundtrack z jedynki katowałem jeszcze długo po przejściu gry, szczególną czcią obdarzając M|O|O|N. Obawy okazały się bezpodstawne. Tyle radości nie sprawiła mi jeszcze żadna seria, a muzyka jest tego sporą zasługą. Gracz, wraz z przechodzeniem kolejnych leveli, wchłaniany jest głębiej i głębiej,
kończąc na samym dnie psychodelicznego piekła. Ulubiony numer to chyba Magna – Divide:

Chociaż zdecydowanie polecam całość:

Polecam również:
Nagrobki, czyli projekt ludzi z Gówna
Hańba, bo lubię folki na punkową nutę
Mikołaj Tkacz aka Wszystko, za to co zrobił w Katowicach na Nowej Muzyce

digan

Ścianka – Niezwyciężony

Ostatni raz Ścianka dała znać o sobie – jeśli mnie pamięć nie myli – puszczając „Shifting a Night for Tomorrow”, czyli Stoogesowy wygrzew, rozpisany na trzeszczącą gitarę, bębny i bas z klawiatury nożnej. Od tego czasu minęło trochę czasu, a Ścianka pogrążyła się w odmętach ciągle niewydanego “Come November”, które rozrosło się już do dwupłytowego wydawnictwa. Po drodze też udało im się zrobić soundtrack do audiobooka (!) na podstawie klasyka Lema. Cieślak i spółka wylądowali w rejonach, które zwiedzili przy okazji “Dni Wiatru” i zen z “Gotowania dla Każdego Gwiazdy”.
I tutaj też jest gwieździście, łagodnie; trochę też improwizowanie. Drony to raz odpływają, to raz narastają, czasem się zmieniają, ale niezbyt nachalnie. W tym sensie pierwszy indeks z płyty, „Słuchaj tego podczas letnich nocy”, jest o wiele delikatniejszy, bardziej zachowawczy, od następnego „Przez Pustynię”. To z kolei oparte jest na mocniejszej (jak na ambientową płytę) pulsacji basu, podbitej talerzami. Do tego syntezatory i trochę dziwnych trzasków. To nie jest nagranie, które zmieni obraz sceny, tej sceny, ale wciąż pomysł ambientów nagrywanych na żywych instrumentach nie jest zbyt często wykorzystywany, a bardzo szkoda. Tym bardziej więc warto zdrzemnąć się przy tej płycie.

Legendarny Afrojax – A przecież ostrzegałem

No przecież ostrzegał. Dwa obrazy mi stają przed oczyma. Pierwszy to wyprawa do galerii handlowej w samym środku upalnego lata. Drugi – kiedy kilka dni temu starałem się dostać do korpo, a że było święto, to wszystkie połączenia poszły się bujać i podróż zajęła mi godzinę; przy okazji kilka razy żegnałem tęsknym wzrokiem akurat ten odpowiedni autobus, który zdecydował się przyjechać na przystanek w momencie, gdy byłem po drugiej stronie ulicy. W obu przypadkach towarzyszył mi Legendarny Afrojax ze swoimi kloaczno-nihilistyczno-genitalnymi rymowankami o życiu, śmierci i całej reszcie.
Bity wycięte z Amigi, poetyka wczesnego Nagłego Ataku Spawacza. A przy tym Afrojax pod płaszczem błazenady i obrzydliwości chowa całą masę zapadających w pamięć wersów, diagnoz społecznych (O BOŻE), spostrzeżeń i tak dalej. „Babcia zawsze mówiła/Żeby giąć się, giąć jak trzcina/Elastyczny mieć pręcik, tak się przeżywa Oświęcim” – niech to będzie najlepsza ilustracja tego stylu i chyba najmocniejsze zderzenie na płycie dwóch prądów myślowych (o boże) w twórczości Legendarnego.
Ziomki chwalą „Dzieci Płakały”, że najostrzejsze, najbardziej dosadne i w ogóle, oto Afrojax. Według mnie jednak puenta płyty, credo i Klucz do Zrozumienia zawarta jest w „Całujmy krzyż Jezuska”. Słodkie wersy o życiu w społeczeństwie w stylu „A pani Marta, administrator/Gdy coś zgłaszam, w dupie ma to” podsumowane są refrenem „Każdy z nas to pies/każdy z nas to kiełbasa”. I tak jest. Cały ten ciąg paskudztw, przekleństw bierze się właśnie z napięć życia społecznego, z polskiej kultury wysokiej („Wojciech Modest Amaro”) i niskiej („Pod Rap Hardkorowy”), z niewyżycia i ze strachu. A mimo to Afrojax przecież świadom jest, że on z nas wszystkich, więc tak samo z tej miernoty jak i my. Ale cóż, każdy z nas to pies, każdy z nas to kiełbasa, możesz nagrać niby zbuntowaną płytę, ale co to za bunt, bądźmy szczerzy.
Kristos!

Sufjan Stevens – Carrie & Lowell

CO TO ZA LAMUS.
Nie mam zamiaru jakoś bronić tej płyty. Koleś miauczy do akustycznych, wyszukanych, gitarowych aranży, wszystko to nagrał na jakimś odpowiednio szumiącym ośmiośladzie, dorzucił trochę pianinek, syntezatorów, ambientów, opakował i posłał w świat.
To jest tak: płyta o martwej matce, która nigdy nie była dobrą matką, zostawiła małego Sufjanka w sklepie video, miała problemy z głową i nałogami, więc nie dawała sobie rady z dziećmi. Może to kwestia duchologii, stąd ta nieco obskurna (ale świetnie sprawdzająca się) produkcja, stąd to video, stąd historie utkane ze wspomnień. Cały ten materiał ma jakąś na wpół senną, oderwaną od życia naturę, kolejne niewyraźne obrazy, przetykane znów to znacznie mocniejszymi traumami, którymi przeszłość odbija się na teraźniejszości. Jak każdemu. Może dlatego te piosenki są tak dobre – każdy ma za sobą cień, który będzie wisiał do samego końca. I żeby było jeszcze weselej – „The past is still the past/The bridge to nowhere”. Pozostaje nauczyć się żyć z tym, co się stało. „I should known her better”. No, mogłeś, ale nie poznałeś. I co teraz?
Nie wiem. Może nagrasz płytę. Lol.

Estragon

King Midas Sound/Fennesz – Edition 1

Często sięgam po muzykę, która ma być użytkowa. Np. do podróżowania. Zawsze prym w tym wiódł Devendra Banhart, ale jako, że wstyd go słuchać, postanowiłem poszukać zastępstwa. Nie wiedziałem czego się spodziewać po tej kolaboracji. Znaczy trochę wiedziałem, bo znam i Fennesza i King Midas Sound, ale ten album dał mi lot, żeby odpłynąć. Słowa są tu na drugim planie. Traktuje je jako wzmocnienie instrumentarium, czyli nie przeszkadzają. Na tle tego tła wybija się „Melt” przypominający mi o dub poetry i może o Lintonie Kwesi Johnsonie. Poza tym dźwięki są raczej melodyjne, czasem pozytywnie monotonne, bo transowe. Nie ma tu zbędnych przesterów. Może nie jest to płyta roku, ale płyta, po którą sięgałem w 2015 najchętniej.

Mark Lanegan Band – Houston (Publishing demos 2002)

W natłoku wychodzących płyt drobny element może przeważyć, że czemuś daje szansę. Nie byłem fanem Lanegana nigdy. Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć. Zawsze był kimś drugim. Joe Henrym, może trochę Nickiem Cavem. Może też trochę bluźnię. To, że znałem jakieś numery, to przypadek. Tu zdecydowała okładka. Tak jak i książki, oceniam płyty po okładkach. To, co mnie w tym albumie urzekło to prostota. Swobodne łączenie folku, country, rocka, bluesa, ale nie eksperymentalne, ale naturalne i nieprzekombinowane. To są piosenki niepomyślane na hity. Ba, czasem odrzucone wersje jak genialne „Grey goes black”, które świadczą tylko o tym, że artyści mają zły gust. Co ciekawe, to płyta nagrana została w siedem dni.

Sun Kil Moon – Universal themes

No i jestem smutną pizdą, trudno. Mam słabość do Kozelka i jego narracji. Tego, że kompozycja nie musi być muzycznie zwięzła i można ją rozciągnąć, bo tego potrzebuje tekst. Efektem są kawałki, które trwają po 7-9 minut i nawet jeśli myślisz, że to już druga piosenka, to się mylisz. Ciężko tu wyróżnić utwór, który mógłby potencjalnego słuchacza zachęcić do tej płyty. Może otwierający „The Possum”? Może „Cry Me A River Williamsburg Sleeve Tattoo Blues”? Single z nich żadne, ale zostawiają w głowie na długo.

Kidd

Tak jak w zeszłym roku, albo nawet gorzej. Nie dość, że z zasady nie tykam już prawie niczego co hula na internetach jako tegoroczne odkrycie, to teraz mam jeszcze mniej czasu na obrabianie muzyki. Miało mnie tu w ogóle nie być, ale postanowiłem że wtrącę swoje kilka płyt.

Same Suki – Niewierne

Ten zespół poznałem słuchając „Zagadkowej Niedzieli” w radiowej Trójce (kto z Was wstaje o 7 rano w niedziele patałachy? :P). Muzycznie wszystko co najlepsze ze słowiańskiej ludowości. Tekstowo bardzo miejsko i feministycznie. Wokalnie lepiej niż poprawnie. Do tego zawsze miałem słabość do instrumentów smyczkowych (pozdro OSTR, nagramy coś wierzę!).

Roots Manuva – Bleeds

Szczerze mówiąc dawno straciłem zaufanie do tego pana. Odkąd słyszałem od kolegi z UK, że obecnie Roots Manuva jest przećpanym boarderlinem zapierdalającym po Londynie skuterem i gadającym do siebie pod nosem, skreśliłem go z listy potencjalnych “wielkich powrotów”. Jak bardzo się myliłem, och ja głupi. Ta produkcja dopiero od niedawna leci w moich słuchawkach, ale z każdym kolejnym odsłuchem czuję jak bardzo szczera i dojrzała jest ta płyta ona.

Guilty Simpson – Detroit’s Son

W tym roku umarł Sean Price i strasznie mnie to zabolało – aż sam nie mogłem się nadziwić jak bardzo lubiłem jego rap typu hip hop. Po śmierci Seana został tylko Guilty Simpson. Dzięki takim brudnym i mocnym lirycznie płytom zdarza mi się zahaczyć jeszcze o klasyczny hip hop z US.

Sonny Sharrock – Ask The Ages

Tu trochę ściemniam, bo w tym roku wyszedł re-release tej mistrzowskiej płyty z 1991 roku. Przez podobne produkcje oddalam się od wszystkiego co nowe – kiedy słyszę te zachwyty nad Sramasi Sraszingtonem (och jaki freejazz, jaki kendrik, jaki flying lotus, och, och), to chcę mi się napierdalać w ludzi z bazooki skonstruowanej przez muzyków Last Exit.

Damian Kowal

Resztę moich rekomendacji płytowych za rok 2015 znajdziecie tu.

3. Alameda 5 – Duch tornada/Stara Rzeka – Zamknęły się oczy ziemi/Kapital – Chaos to Chaos

Na trzecim miejscu miało uplasować się „Ursviken” Varga, ale w ostatniej chwili podjąłem decyzję, by ex aequo uhonorować trzy płyty, przy których pracował chyba najbardziej zapracowany muzyk w Polsce, czyli nieoceniony Kuba Ziołek. Jest on klamrą spinającą trzy, różniące się między sobą, albumy: primo – „Duch tornada”, nagrany przez poszerzony skład Alamedy, utrzymany w, jak głosi opis, duchu soundtracków do klasycznych filmów s-f, pełen nawiązań do Lema, Gibsona czy Strugackich na gruncie literackim oraz do Vangelisa, Kraftwerku, klasyków post-rocka na podłożu muzycznym; secundo – „Zamknęły się oczy ziemi”, które jest przepięknym połączeniem różnorakich szumów z dźwiękami organicznymi, przywołującymi gęstwiny borów, dąbrów i łęgów pełnych szemrzących i pełnych ryb strumieni; tertio – „Chaos to Chaos” wypełniony rytmicznymi dronami i, przepraszam za oczywiste słowa, syntezatorowymi plamami, z których, mimo motoryczności tła, wychodzą cudnej urody melodie. Tyle słów, a wszystko można zawrzeć w jednym równoważniku zdania – Kuba Ziołek Papież Polski.



2. African Express Presents: Terry Riley’s In C Mali

Mam problem z ustaleniem dokładnej daty premiery tego albumu – jedne źródła twierdzą, że wyszedł w listopadzie 2014 roku, inne że na początku 2015. Nie przejmuję się tym zbytnio, zwłaszcza odkąd wydane w ostatnich dniach 2014 „Black Messiah” D’Angelo zostało uwzględnione w podsumowaniu 2015 Pitchfork.com. Czas nie jest tu istotny, prawdziwie ważne jest zawartość, która dla mnie jest połączeniem dwóch najlepszych rzeczy w muzyce – minimalizmu i muzyki malijskiej. Wyobrażacie sobie coś takiego? Bierzecie dwie swoje ulubione rzeczy, łączycie je i macie jedną rzecz, która jest lepsza od dwóch pozostałych osobno i razem wziętych? Wyobrażacie sobie, ze partie, które oryginalnie pisane były na skrzypce i pianino, przekładacie na korę i balafon, po czym okazuje się, że jest to tak samo piękne jak poprzednio, jeśli nie lepsze? Nie mogłem tego pojąć, ale od pierwszych sekund wiedziałem, że „In C Mali” zajmie jedną z najwyższych pozycji moich prywatnych rankingów i będzie mi towarzyszyć przez cały 2015 i dłużej.

1. William Basinski – Cascade

„Cascade” jest albumem, którego w 2015 roku słuchałem najczęściej. Wiele moich dni kończyło się zapętlonym odsłuchem ostatniej płyty Basinskiego, płyty, na której osiąga on szczyty swoich możliwości. Zgadzam się, że można mu zarzucić – to tylko jeden fortepianowy loop powtarzający się przez czterdzieści minut, na który nałożono losowe tekstury, ale tym jednym loopem Basinski, w moim odczuciu, osiąga coś elementarnego, oczywistego, odważę się nawet powiedzieć, że dociera nim do sedna rzeczy. „Cascade” towarzyszyło mi przez cały ubiegły rok; rok, w którym coraz bardziej wycofywałem się i szukałem w muzyce rzeczy wycofaniu sprzyjających. Poza tym najlepszym opisem dla tej płyty są słowa samego twórcy, udzielone w jednym z wywiadów: “I wanted <> to become this crystalline organism like a star or a liquid crystal spaceship, a jellyfish traveling through the galaxy…”. Kryształowa meduza przemierzająca galaktykę – więcej dodawać nie trzeba.

Raph

Na wstępie muszę zaznaczyć, że to był cholernie dobry rok dla muzyki, chyba że mówimy o polskim rapie. Na szczęście mam dziś ten komfort się nim nie zajmować. Muszę jednak wspomnieć, że chociaż trzymałem bardzo mocno rękę na pulsie, jeśli mówimy o premierach płytowych w 2015 i wybranie tych trzech krążków było dla mnie bardzo problematyczne, to jednak najczęściej słuchałem dwóch starszych pozycji.
Pierwszą z nich jest „Hex” od Bark Psychosis (1994) – pierwszy album w historii muzyki, określony przez dziennikarzy mianem post-rocka, a trzeba przyznać, że diametralnie różni się od tego do czego później przyzwyczaiły nas takie grupy jak Sigur Rós, Godspeed You! Black Emperor czy nawet Labradford.
Drugą jest „The Colour of Sping” Talk Talk (1986) – tak, to ci, których określa twórcami post-rocka. Na „The Colour of Spring” stali jeszcze w rozkroku między tym naiwnym synth-popem z „It’s my life”, a w pełni dojrzałym obliczem, który pokazali na absolutnie bezbłędnych „Spirit of Eden” i „Laughing Stock”. Wyszedł z tego album piosenkowy, ale jednocześnie urzekający swoją złożonością.

No, to tyle w ramach wstępu. Przejdźmy do moich propozycji:

Deafheaven – New Bermuda

Wiem, że Deafheaven ma równie wiele zwolenników co przeciwników. Nie zmienia to faktu, że ten atmosferyczny, mgiełkowy post-black metal wchodzi mi o wiele bardziej niż kolejna nowa płyta z gatunku, który swoje wyżyny zaliczył w pierwszej połowie lat 90. XX wieku. „New Bermuda” na pewno nie jest albumem lepszym od „Sunbather”, ale też mamy do czynienia z krążkiem, w którym nacisk postawiony jest na nieco inne elementy muzyki Deafheaven. Dobra, ten shoegaze się przewija, jest melodyjnie, ale więcej tu korzennego black metalu niż na dwóch wcześniejszych albumach grupy, który to łączony był z gatunkiem głównie za sprawą screamu George’a Clarka. Jednocześnie mamy tu kilka romansujących z kiczem wątków tropikalno-progrockowych, ale na szczęście cienka granica rozegzaltowywania nigdy nie zostaje przekroczona. A nawet jeżeli ktoś poczułby jednak niesmak, to „Luna” sprawi, że zapomni o absolutnie wszystkich wadach krążka.

Mgła – Exercises in Futility

“Serio, Rafał? Dwie płyty romansujące z black metalem?”. Ale czemu by nie? Mgle zdecydowanie bliżej do tradycyjnych „pralek” aniżeli wcześniej wymienionemu Deafheaven, ale nie znaczy to, że chłopaki nie potrafią stworzyć równie ciekawego klimatu. Brzmienie albumu jest na szóstkę – z tak klarownym i jednocześnie brudnym krążkiem w tym gatunku naprawdę trudno się spotkać. Pomysły na riffy i aranżacje urzekają już od otwierającego numeru. Oczywiście można pomarudzić na wokal Mikołaja Żentary, bo brakuje mu dużo do ideału, szczególnie, że wyczuwa się w nim sporo niezdecydowania, jeżeli chodzi o obrany kierunek. Tylko warstwa muzyczna wybacza wszystko. Bo tak: Mgła to przede wszystkim genialne kompozycje.

Kendrick Lamar – To Pimp A Butterfly

Wiem, że oczywistość, ale tak – mamy do czynienia z jednym z najlepszych rapowych albumów ostatnich lat obok obu pozycji Run The Jewels i „Cadillactici” Big K.R.I.T-a. O ile „Section.80” i „Good Kid, M.A.A.D City” ceniłem, to jednak płyty te nie przekonywały mnie w stu procentach – czy to przez warstwę muzyczną, czy to przez wrażenie przekombinowania. „To Pimp a Butterfly” w żaden sposób nie kontynuuje drogi obranej przez Kendricka na poprzednich albumach, dzięki czemu w końcu dostrzegłem geniusz Lamara, o którym tyle się mówiło. Nie chodzi nawet o to, że facet pisze świetne teksty i potrafi odnaleźć się na absolutnie każdym bicie. Przede wszystkim „To Pimp A Butterfly” to – jak słusznie zauważył jeden z moich znajomych – świetnie zaaranżowany, zrealizowany z pomysłem wielki hołd dla czarnej muzyki. Naprawdę, posłuchajcie sobie „These Walls”, „King Kunta”, „You Ain’t Gotta Lie” oraz „i”, a potem wymieńcie swoje skojarzenia. Nie znaczy to, że nie ma tu ukłonów w stronę aktualnych trendów – „Alright” ma perkusję z Rolanda TR-808, a „Momma” to brainfeederowe nu-beaty, ale i one posiadają elementy, wzmacniające ten historyczny aspekt krążka. Wszystko jest tu zrobione ze smakiem i właściwie tylko pierwszy singiel w postaci „The Blacker The Berry”, choć niezły to w porównaniu do pozostałej zawartości albumu wypada jakoś tak… nijako. W pozostałych momentach „To Pimp A Butterfly” to absolutne must hear.

Veron

Tyler, The Creator – Cherry Bomb

Jestem fanem od wersów „this is what the devil plays before he goes to sleep”. Cała działalność OFWGKTA jest dla mnie imponująca, jednak to zawsze Tyler przykuwał najbardziej uwagę ludu jako niepisany frontman. Przy wydaniu „Cherry Bomb”, wielu słuchaczy zarzuca Tylerowi, że stracił swoją agresję i stał się miękki, a ściślej rzecz ujmując w jego piosenkach jest za mało gwałtu, a za dużo miłości. Szczerze mówiąc, obecna forma Tylera odpowiada mi i mam wrażenie, że nawet bardziej do mnie pasuje.

https://www.youtube.com/watch?v=n6lxQ6JwlVY

Earl Sweatshirt – I Don’t Like Shit, I Don’t Go Outside

Młodszy kolega z zespołu Tylera. Pamiętam, że słuchałem tej płyty jakoś na przełomie kwietnia i maja. Kojarzy mi się z parkiem, dymem i przyciemnianymi okularami. Dla mnie Earl jest kontynuacją tego, co robił MF Doom. Wiadomo, że wraz ze zmianą pokoleniową dochodzi do odświeżenia brzmieniowego, jednak niebanalne teksty i wolne flow są tutaj czymś wspólnym i żeby nie narazić się Wojtkowi, nie użyję słowa mianownik.

Kortez – Bumerang

Czas wrócić do Polski i tutaj do głowy od razu przychodzi mi Kortez. Jak dla mnie super gość, jeżeli chcesz posłuchać muzyki ze swoją kobietą, a do tego macie zamiar wypić butlę wina, to w ciemno odpalaj Korteza. Ballady i przygaszone światło w pokoju gwarantują dobry klimat.

P.S. Z tego co wiem to chłopacy o nich pisali, ale ten rok byłby niczym bez Kendricka Lamara i Afrojaxa.

skwer.org

    Leave a Reply