skwer.org: Muzyczne podsumowanie roku 2014

foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com
foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com

Rok 2014 w muzyce był bardzo dobry, ale nie zmienia to faktu, że utrzymujemy w mocy zdanie napisane w zeszłorocznym podsumowaniu – „w epoce internetu, Youtube’a i soundcloudów mówienie o muzyce rocznikami coraz bardziej gubi sens”. Mimo to staramy się klasyfikować i porządkować, żeby ogarnąć wielość wydarzeń, ruchów, dźwięków, które miały miejsce, a działo się sporo. Wspomnijmy pewien renesans field recordings, gatunku, wydawałoby się, dla kompletnych odludków i klimaciarzy; nie możemy nie zauważyć ożywczego fermentu, który miał miejsce na polskiej scenie techno, przez co staje się ona jedną z ciekawszych na świecie. Generalnie, muzyka niezależna miała się w 2014 bardzo dobrze – jeszcze nigdy tak niewielu nie nagrywało dla tak wielu. Żywe na Zachodzie zainteresowanie muzyką niezachodnią dało nam dostęp do niezwykłych zjawisk jak np. arabska scena „rave”, skorzystały też na tym polskie wydawnictwa, których recenzje pojawiały się w zachodnich periodykach. Będąc przy prasie, trzeba wspomnieć o odrodzeniu muzycznej prasy papierowej, godnie reprezentowanej przez M/I Kwartalnik muzyczny czy Noise Magazine. Nawet w tym nieszczęsnym hip-hopie działy się jakieś fajne rzeczy. Ktoś mógłby tutaj powiedzieć, że piszemy o mitycznych hipsterach dla mitycznych hipsterów, my też musimy pamiętać, że są ludzie, dla których albumem roku była nowa płyta Pink Floyd a wydarzeniem roku koncert Deep Purple czy fakt, że Riedel dalej nie żyje. Pamiętamy o tym, a i tak dalej będziemy twierdzić, że 2014 w muzyce był bardzo dobry, a 2015 będzie miał poważne trudności, by dobić do takiego poziomu, chyba że wyjdzie nowa płyta Swans. Przed wami wybór kilku najciekawszych/najlepszych/najfajniejszych naszym zdaniem płyt z roku 2014. Życzymy miłego odbioru.

Cruz

Flying Lotus – You`re Dead!

Uwielbiam twórców, których nie ogranicza formuła, stąd nieskończona miłość do Flying Lotusa. Nowy Fly poszedł w stronę jazzu, dorzucił trochę z psy rocka i zwrotkę Kendricka, którego super usłyszeć na czymś wymagającym. Do tego jeszcze przebój ze Snoopem, który został potraktowany perfidnym glitchem. Brawa za odwagę, bezkompromisowość i wyciąganie tuzów z ich sprawdzonych butów. Kolejny album, kolejna rewolucja. Pamiętacie „Cosmogramma”?

Skalpel – Transit

No i fajnie, że wrócili! W przypadku Skalpela, w przeciwieństwa do Flying Lotusa, mówić należy raczej o ewolucji. Panowie konsekwentnie rozwijają swój styl i brzmienie, a jedyną rzeczą, która nie podlega zmianie jest klimat. Lekkość z jaką przychodzi im jego budowanie jest niesamowita. Wciągający materiał na samotny wieczór.

https://www.youtube.com/watch?v=ag1PgbQ4XQU

D’Angelo and The Vanguard – Black Messiah

Rok powrotów. I elegancko! Pamiętam liceum i D’Angelo śpiewającego o tych wszystkich miłościach. Brakowało mi go trochę w muzyce. Dziś dojrzało całe pokolenie Jose Jamesów, którzy przecież są super, ale wydaje się, że jedynie powielają mistrza. Dla mnie D’Angelo to ojciec wszystkiego. Soul się skończy, gdy zechce tego D. Miło znowu posłuchać, nawet jeśli album brzmi trochę wtórnie.

PS. Muszę koniecznie nadrobić nowe The Kurws!

Digan

Jacaszek & Kwartludium – Catalogue des Arbres

To płyta dla wszystkich tych, którzy cenią odgłosy wyżej od muzyki, którzy już dawno przekroczyli „level infinity” i nie potrzebują interakcji z otaczającym ich światem i społeczeństwem; to płyta dla tych, dla których już nawet field recordings to trochę przebrzmiała sprawa i chcą zanurkować w świat innych dźwięków. Jacaszek, znany twórca takich dźwięków, do spółki z zespołem Kwartludium zderzają słuchacza ze światem rzeczy, których na co dzień się nie słyszy. Absolutnie ślicznie wyprodukowane szumy, raz po raz ciepło szemrzące, mlaskające i pukające, stanowią oś, wokół której kręcą się strzępki improwizacji wykonane na bardziej tradycyjnych instrumentach. Pamiętam, słuchałem tej płyty podczas jazdy pociągiem z Tarnowa do Krakowa. I teraz, gdy do niej wracam, po prostu nie mogę odegnać skojarzeń z ciepłym, letnim popołudniem, ze spokojną, przyjazną porą, z tym stanem zatrzymania się i obserwowania świata wokół. Jacaszek wprost podkreśla, że tytuł nie jest przypadkowy; że to „Album Drzew” i każdy ten szumo-trzask ma przedstawiać dane drzewo. Być może; mi osobiście nic tam z drzewami się nie kojarzy. Nie zmienia to faktu, że całość brzmi organicznie, ciepło, relaksująco i po prostu pięknie.

Bitamina – Plac Zabaw

Już zeszłoroczne „Listy Janusza” zachwycały zgrabnymi grami słownymi, przyciężkim, nieco narkotycznym klimatem, wysmakowaną produkcją i wersami zapadającymi w pamięć. Wydawało się, że był to jednorazowy projekt, ale nie, Bitamina kontynuuje działalność. Śpiewanym concept-albumem. O czym? O dzieciństwie. Nie lada wyzwanie, biorąc pod uwagę, że ma się za plecami choćby byłego lidera Myslovitz i obecnego lidera Ścianki z ich „Uwaga! Jedzie Tramwaj”. A jednak, Bitamina wychodzi z tej konfrontacji obronną ręką, a miejscami nawet przewyższa swoich poprzedników. „Plac Zabaw” zaskakuje produkcyjnym wysmakowaniem. Skrawkami dziecięcych słuchowisk, nagraniami terenowymi, wypowiedziami dzieci i babć. Gdzieniegdzie przebijają się odgłosy kreskówek – z nieśmiertelnym Wilkiem i Zającem na czele – gdzieś indziej znów płyta tonie w klimatycznych odgłosach deszczu. Szczególnie wybija się oldskulowo elektroniczny „Sad”, podbity dźwiękami fletu, rozlewający się, upalny, letni. I z drugiej strony – noirowe „Nos krew Auła”, brzmiący niczym soundtrack z ukradkiem obejrzanego kryminału. Zapada w pamięć twardy rap o szkolnej rzeczywistości w „Elementarzu”. Rozczula „Po burzy”. Całość robi jedyne w swoim rodzaju wrażenie. Mało jest w Polsce płyt tak dopieszczonych, tak przemyślanych, tak zaskakujących użytym instrumentarium, a przy tym tak swobodnych w swoim brzmieniu. Ponoć będą nowe rzeczy w tym roku. Pozostaje czekać z niecierpliwością.

Tinariwen – Emmaar

Znacie? No to posłuchajcie. Są ludzie, którzy grali z dwadzieścia lat, zanim wydali pierwszą płytę. Wcześniej puszczali amatorsko nagrane kasety, mimo tego, że posiadanie ich nagrań było w ich kraju przestępstwem. Rzecz w tym, że twórcy wywodzą się z ludu Tuaregów i razem z nim walczą o niezależne od Mali saharyjskie państwo. Ich kolejna już płyta jest o wiele ciekawsza od poprzednich. Zespół odszedł od afrykańskich harmonii w stronę bardziej euro-amerykańskiej melodyki. Mimo to zostawił połamane rytmy i swojskie dla siebie wykonanie. Płyta nie jest tak słoneczna i upalna, jak poprzednie dzieła formacji; ta kojarzy mi się raczej z kurzem niż słońcem, raczej ze zmierzchem niż z południem. Całość jest dość jednolita w klimacie i nie jest to broń Boże zarzut; raczej wzmaga wrażenie obcowania z przestrzenią, z drogą czy jak to nazwać. Podobnie właściwie jednolite brzmienie instrumentów – z jedną przerwą na akustyczny kawałek – w niczym de facto nie przeszkadza. Dostajemy głos z serca kontynentu, o którym tak naprawdę mało kto coś wie. Głos zmęczony, smutny, gdzie radość grania wciąż łączy się z żalem za ginącym, własnym światem. „Stoner-blues z Sahary” napisałbym, gdybym bardzo miał się upierać przy jakichś metkach. Ale to i tak ściema, bo Tinariwen nie brzmi ani jak stonerowcy, ani jak blues. Brzmi jak przypomnienie Afrykańczyków, skąd ten blues właściwie się wziął. I zderzenie tej tradycji z obecnym, amerykańską muzyką. I doprawienie to wszystko saharyjską surowością. Zdecydowanie jedna z najciekawszych płyt tego roku.

Estragon

Bonnie „Prince” Billy – Singer’s Grave: A Sea Of Tongue

Wiadomo nie od dziś, że Bonnie „Prince” Billy to spoko zespół. Moja miłość do pana Oldhama jest jednak często wystawiana na próby. Artysta wydaje kilka płyt rocznie, z których każda jest dobra. Do czasu. „Singer’s” to najlepsza jego płyta od lat. Utwory takie jak „New Black Rich (Tusks)” rozrywają mi duszę i każą jej płakać, beczeć i wyć. No i na to czekałem! Do tego Bonnie wciąż nie rezygnuje z instrumentarium, które wielu może się wydać po prostu wieśniackie, choć nim obiektywnie nie jest. Sam śpiewałbym te pieśni, grając na tarze, piorąc gacie i nurzając swoją brodę w przeręblu.

Kode9 & The Spaceape – Killing Season

Czułem, że muszę w tym zestawieniu umieścić płytę pośmiertną. Tak jakoś. Wśród nich były albumy od Johnnego Casha i Gil Scotta – Herona. Oba genialne, oba męczyłem w tym roku mocno. Wybrałem jednak tę płytę. Może dlatego, że była nagrywana ot tak po prostu, a jej objętość ograniczoną do pięciu utworów podyktowała śmierć Spaceape’a. Niemniej jednak to, co zostało ze wspólnych sesji to pięć bardzo dobrych utworów, których można słuchać i słuchać. Wiadomo, że są tu hity takie jak „Devil is a liar”, które doczekały się też klipu. Niemniej jednak ja polecałbym wsłuchać się w „Pictures On The Wall” i „Autumn Has Come”, które zamykają album.

Atmosphere – The Southsiders

Wiele albumów w kategorii rap próbowało znaleźć moje uznanie. Najbliżej było płytom Apollo Brown & Ras Kass i Black Knights „Medieval Chambers”. W podsumowaniu wpadło jednak na Atmo, bo płyty Sluga i Anta słuchałem po prostu najdłużej i nie na raty. Chłopaki Ameryki nie odkrywają. Slug nie sili się na nowe formy wyrazu, Ant wciąż tnie sample w charakterystyczny dla siebie sposób. Choć można by o tej płycie powiedzieć „so 2001”, to wciąż jest dla mnie najlepszą w kategorii rap. Teksty uzupełniają się z muzyką. Wszystko pięknie współgra i da się to puścić ludziom spoza środowiska bez żenady. Takie numery jak „Camera Thief”, „January on Lake Street” czy „I Love You Like a Brother” będą wracały do mnie jeszcze nieraz.

Kidd

Z roku na rok podchodzę coraz bardziej sceptycznie do wszystkiego co nowe i raczej zajmuję się odkopywaniem wcześniej nieznanych mi rzeczy z przeszłości. Tak – tetryczenie. Poniżej kilka pozycji z ubiegłego roku, które z jakichś powodów zagościły w moich głośnikach na dłużej.

Kazana Twister Alban Juarez – Mam dwóch wnuków w Birmingham

Na ten projekt trafiłem dzięki Łonie i jakże miło się zaskoczyłem. Dawno nie słyszałem w Polsce tak świeżego i progresywnego mash-upu muzycznego, w dodatku zahaczającego momentami o hip-hop typu rap. Całość w większości instrumentalna: saksofon, instrumenty perkusyjne i gramofony plus dwa kawałki, w których wokalnie udziela się Łona. Piękna rzecz, która niestety przeszła niezauważona.

Young Fathers – Dead

Young Fathers śledzę od czasu ich debiutu w anticon. Do ich najnowszego wydawnictwa podchodziłem raczej sceptycznie, ale po ich koncercie w Warszawie stałem się wyznawcą. Muzycznie nie wiem co to jest (cytując wywiad z nimi dla Guardiana „Even we don’t know! The way we record is to just go in and see what happens – and make sure you have a song done by the end of the day”). Chłopaki za najnowszą płytę zostali wyróżnieni prestiżową brytyjską nagrodą Mercury Prize i odebrali ją z godnością Sartre’a odbierającego literackiego Nobla (see what I did there?).

Damian Kowal

Reszta mojego osobistego podsumowania tutaj.

3. Vessel – Punish, Honey

Wiecie, co jest najgroszą przypadłością Boiler Roomu? To, że grają tam najlepszą muzyką do tańca, a nikt nie tańczy, zaś ci, którzy mimo wszystko tańczą, są nagrywani, a potem z ich pląsów internauci robią śmieszne gify. Doceniam kontemplacyjną wartość techno, wiecie – rytm, miasto, masa, maszyna – ale na boga miłosiernego a litościwego! Nie ma na świecie lepszej muzyki do tańca niż techno, czasami nawet myślę, że nie ma na świecie lepszej muzyki niż techno. Na szczęście, na „Punish, Honey” Vessel odnalazł złoty środek pomiędzy kontemplacją i tańcem, eksperymentem i bengerem. Mamy tu utwory biegnące w strony ambientowo-industrialowe jak „Black Leaves and Fallen Branches”, mamy też klasyczne, mocne szlagiery do opętańczego tańca jak w podlinkowanym „Red Sex”. Wyborne wydawnictwo, polecam serdecznie.

2. Fire! Orchestra – Enter

Tu mieli być Swansi, ale Fire! Orchestra dała w tym roku takiego czadu, że Gira i koledzy wypadli poza podium. Mats Gustafsson i koledzy popisali się znacznie bardziej. „Enter” czekało sobie spokojnie na swoje miejsce, a zapomniałem o tej płycie z jednego powodu – jazz. Nie jestem fanem ani znawcą jazzu; owszem, lubię czasami posłuchać klasyków, ale zdecydowanie lepiej bawię się przy gitarach/bitmaszynach niż przy saksofonach. Gdzieś pod koniec roku, gdy zbierałem albumy do topki, przypomniałem sobie o „Enter” i wtedy dostałem, przepraszam za kolokwializm, z buta w ryj. W jednej minucie, dowolnego z czterech utworów z tej płyty, dzieje się niejednokrotnie więcej niż w całych dyskografiach innych bandów, a motyw spinający płytę jest jedną z najlepszych, najbardziej wkręcających, najpiękniejszych, a zarazem najprostszych melodii ostatnich lat. O ile przy opisie całości mógłbym sypać terminami: free jazz, mikrotony, noise, funk, o tyle do opisu wspomnianej melodii nie mam słów. Tego trzeba po prostu posłuchać.

http://www.youtube.com/watch?v=XWNAIb72DSU

1. Andy Stott – Faith In Strangers

Bardzo zabolało mnie określenie tej płyty w jednej z recenzji jako „cukierkowej i przesłodzonej”. Bardzo przepraszam, ale trzeba nie mieć słuchu, żeby w basowej atmosferze i mrocznych melodiach „Faith In Strangers” dostrzegać jakąkolwiek cukierkowatość. Bo kobiece wokale? Proszę. Andy Stott sukcesywnie rozwija wątki obrane na „Passed Me By” i późniejszym „Luxury Problems”. Możecie się ze mną nie zgadzać, ale moim zdaniem – album roku. Nie ma tu efekciarstwa, nie ma zbędnego dźwięku, czyste dobro, harmonia i piękno. Jeżeli takie „Violence” lub utwór tytułowy nie poruszą waszych serc, zaprawdę powiadam wam, że macie zamiast nich kamienie.

http://www.youtube.com/watch?v=hbnG4AcAqkA

Raph

Swans – To Be Kind

Tak, mam świadomość tego, że ta pozycja wymieniana jest w rankingach najlepszych płyt 2014 z taką częstotliwością, że wspomnienie o niej zahacza o lenistwo. Ale „To Be Kind” to najlepszy album w całej (świetnej przecież) dyskografii Swans, będący definicją muzyki totalnej. Nie jest to pozycja łatwa, chwil na oddech jest tu niewiele, a nawet jeżeli istnieją, podszyte są poczuciem opanowującej umysł psychozy. Teksty Micheala Giry traktują o nienawiści, bólu, samotności, niemożności odnalezienia się i przedstawiają miłość jako jedyną możliwą szansę na szczęście. Sytuacji nie ułatwia też długość albumu – najkrótsza kompozycja ma ponad pięć minut, a jeden z utworów na płycie trwa aż pół godziny. Ale skoro była wcześniej mowa o lenistwie, pozwolę sobie wyciągnąć cytat ze swojej recenzji dla kwartalnika muzycznego M/I: „Takie właśnie jest – mroczne, bezduszne, nieludzkie, będące totalnym zaprzeczeniem własnego tytułu. A jednocześnie najnowsza płyta Swansów to bez dwóch zdań jedno z najlepszych, najpiękniejszych doświadczeń muzycznych ostatnich lat. Tak się tworzy arcydzieła”. Bo prawdziwa sztuka to emocje, emocje i jeszcze raz świetne kompozycje.

Run The Jewels – Run The Jewels 2

Istnieją takie kontynuacje płyt, które na pierwszy rzut ucha przypominają do bólu swoich poprzedników. Podobne bity, podobne teksty, podobne flow. Bo po co zmieniać formułę, skoro ta się doskonale sprawdza? I może taki cel przyświecał El-Producto i Killer Mike’owi, szczególnie, że chemia między tymi artystami jest niesamowita. A jednak raperzy postanowili przystopować, znacznie oszczędniej dawkując swoje pokłady niemożliwej do poskromienia energii. Ale to nie znaczy, że skoro pierwsza płyta udowodniła, że są brutalni, tu jest lekko. Nie bez powodu jednym z gości na płycie jest Zach De La Rocha z Rage Against The Machine.
No i bity… El-P jak zwykle wszedł na wyżyny umiejętności, tworząc podkłady, które mogą wydawać się nieco minimalistyczne w porównaniu do starszej twórczości. Jednak w przypadku tego projektu siła tkwi w szczegółach. I warto o tym pamiętać.

Innercity Esemble – II

Mówi się wiele o tym, że polska muzyka jest miałka, że nawet jak smuci lub wzrusza to koniecznie w ckliwy, kiczowaty sposób (vide: Rozbójnik Alibaba i Pawbeats), że tkwi w swojej wewnętrznej biesiadowości albo już skrajnym przerysowaniu. A tu pojawia się taki Kuba Ziołek i wszystko, co chcesz powiedzieć złego o polskiej muzyce, trafia szlag. Bo to człowiek-instytucja, członek miliona projektów, z czego każdy jest genialny w swojej klasie – nie wspominając nawet o zaskakującym sukcesie Starej Rzeki. W 2014 Ziołek zaskoczył nas dwoma wyjątkowymi projektami: „No New Age” tworzonego z Rafałem Iwańskim Kapitalu oraz albumem „II” supergrupy Innercity Esemble, w której muzyk się udziela. I długo zastanawiałem się, co wybrać. Ostatecznie padło jednak na „II”. Bo Innercity Esemble to powalający eklektyzm – jazz, afrykański folk, drony, ambienty, rock; potężne partie perkusji, ledwo pomrukujące gitary, snujące się post-rockowe mgły. To wszystko tu jest i brzmi wyjątkowo spójnie. Kto nie zna, niech żałuje.

Veron

Isaiah Rashad – Cilvia Demo

Idealny album na wieczór. Słucham od dechy do dechy – spaceruję, jadę pociągiem, siedzę w ciemnym pokoju i każdy numer jest soundtrackiem do chwili. Dobór bitów, rap i śpiew perfekcyjnie trafiają w moją wrażliwość. Najchętniej obdarowałbym was całą płytą, ale niech będzie tylko zajaweczka.

Ab-Soul – These Days…

Kolejny zawodnik z TDE, którego szczerzę uwielbiam od numeru „Terrorist Threats” z Dannym. „These Days” jest dla mnie podróżą po rapie: od typowych bangerów po takie numery jak „Tree of Life” albo „Just Have Fun”. Oczywiście plus „W.H.O.A” na końcu płyty, które budzi u mnie niepokój.

Tutaj miała znaleźć się płyta „Run The Jewels II”, ale zaklepał ją sobie Raph. Zachodziłem głęboko w głowę i myślałem o jakim albumie powinienem wspomnieć na koniec, ale nic… Przez rok wyszło tyle płyt, że jakaś musiała zaginąć gdzieś w mojej potylicy. Na pewno parę fajnych utworów było na „Pi?acie” albo Rootsach. Na wyróżnienie zasługuje również Atmosphere za „Southsiders” i takie numery jak „Kanye West” albo „Mrs. Interpret”.

skwer.org

    Leave a Reply