Cruz / digan: Podmuzyka óberludzi

foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com
foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com

Cruz: Rasistowskie komentarze na facebooku Soboty nie wzięły się znikąd. Polski hip-hop zagospodarował miejskie masy. Wychowuje je, kształtuje ich światopogląd i postawy. Zmienia się Zeitgeist, a wraz z nim treści. Dzieciaki wolą, używającego podobnego do nich języka Tadka, niż papę Gombrowicza. I biorąc pod uwagę ofertę edukacyjną nie ma w tym nic dziwnego.

Nie dziwi więc postawa wspomnianego Tadka, Piha oraz podobnych im raperów. Bycie zwolennikiem idei zazwyczaj idzie w parze z jej propagowaniem. Nacjonalizm w tekstach przestał zaskakiwać. Pojawił się nawet nowy nurt wewnątrz rapu, który roboczo – narażając się na posądzenie o spłycanie – można nazwać stadionowym. Dużo w nim ojczyzny i honoru, antykomuny i wszystkiego za co lubiany jest Ruch Narodowy. Zjawisko wyrosłe w głębokim podziemiu, w szafach nagraniowych początkujących raperów, zyskało podatny grunt na trybunach. Prawicowi raperzy, dukający na jednoklawiszowcach o TVN-ie zdobyli wierne grono słuchaczy. Odtworzenia undergroundowych hymnów, których nie słyszeli nawet zagorzali ślizgerzy, na Youtube idą w setki tysięcy.

O tym, że rap to biznes wie doskonale pierwsza, dziś już zdziadziała, generacja polskich raperów – wciąż bezrobotnych, więc sięgających do kieszeni fanów. Nacjonalistyczna młodzież jest zwykłym targetem. Niepotrzebna jest tu nawet szczególna ideologiczna gimnastyka, wystarczy popłynąć na fali nastrojów. A że rap to muzyka prosta, korzystająca z niewysublimowanych środków i dosadnego języka, wystarczyło tylko poczekać na radykalizacje głoszonych treści. „Ciapaty” odmieniane jest już częściej niż jeszcze niedawno „policja”. Rasizm odnosi się przecież do wszystkich ras. Swoją drogą, ciekawe, że obelgi kierowane w stronę muzułmanów nikogo w tym hip-hopowym bagienku nie gorszą, a obraza czarnoskórej rodzi niespotykany dotąd sprzeciw.

Sobota swoją muzyką trafia w większości do tych samych słuchaczy, do których trafiają jego koledzy po fachu, preferujący jednak politykowanie i wymachiwanie flagami. Polski hip-hop zrobił sobie rasistowskiego bękarta. O tym, jak ogromny to paradoks powiedziano już sporo, poza tym wystarczy przeciętna wiedza o korzeniach kultury, żeby samemu ten fakt dostrzec. Raperzy są albo szczerymi orędownikami, nie zdającymi sobie sprawy z odpowiedzialności jaka na nich ciąży, albo koniunkturalistami i cynikami. To oni zaprosili do polskiego hip-hopu poglądy, na które wcześniej nie było w nim miejsca. Razem z ksenofobią i rasizmem. W tym bagnie zaczyna brakować powietrza, a argumenty ad hitlerum blokują jakąkolwiek cyrkulacje poglądów. Wszelka krytyka zbywana jest „lewactwem”.

W swoim ostatnim artykule Marcin Flint wspominał o składaku „Hip-Hop Rasizm Stop” – sugerował również powtórkę tej już chyba kilkunastoletniej akcji. Do niczego takiego nie dojdzie. Zbyt wyraźna stałaby się linia graniczna między raperami zapraszającymi się do tej pory na albumy i grającymi razem trasy. Pojawiłoby się ryzyko utraty słuchacza, a więc pensji. Poza jednorazowym pokazaniem, że są raperzy, którzy nie godzą się na rasizm w środowisku, nie przyniosłoby to żadnego – oprócz ewentualnego spadku sprzedaży ich płyt – długofalowego efektu.

Koniecznością wydaje się konsekwencja, narażająca na ostracyzm. Rap to dobre narzędzie społecznych przemian, których głosem i katalizatorem był od samych początków. We wspólnym interesie powinno być, żeby nie szły one w stronę wskazaną w komentarzach pod zdjęciem Soboty. Potrzebna jest odwaga i idący za nią świadomy głos wskazujący inną perspektywę. I choć nauczycielski hip-hop, spod znaku KRSa, to bardziej idealistyczny dowcip niż faktyczna nauka, wpływ słowa na kształtowanie postaw wydaje się bezdyskusyjny. Rasizm w hip-hopie to wina raperów, jego wykluczenie pozostaje więc w ich rękach.

digan: Myślę, że historia tak naprawdę zaczyna się gdzieś w roku 95, kiedy to na rynek wpadają pierwsze polskie rap-płyty. Poza absolutnie szczerą bezpretensjonalnością w warstwie treści i muzyki charakteryzowały się jeszcze jedną rzeczą – nie były w warstwie tekstowej przeszczepieniem amerykańskich wzorców w skali jeden do jednego. To zresztą bardzo ciekawe: Polacy przyswoili wiele gatunków muzycznych, rock, jazz, punk, ale tylko hip-hop “wyewoluował”. Buntownicy z Jarocina nie różnili się aż tak w swojej antysystemowości od buntowników z wybrzeży Londynu.

Tymczasem hip-hop już na wstępie zmienił cały zestaw symboli: getto stało się blokowiskiem, opowieści o strzelaninach z policjantami – historiami o niesprawiedliwości tychże; James Brown został Czesławem Niemenem, czarni “z sąsiedztwa”“ziomkami” i tak dalej.

Być może to zagwarantowało taką żywotność – pozostanie poza głównym nurtem i niezwykłą elastyczność w operowaniu symboliką i w odnoszeniu się do zastanych realiów. Tutaj Cruz ma rację: polski hip-hop zagospodarował miejskie masy. Właściwie wielkomiejskie. Ma je od piętnastu, dwudziestu lat – warszawiaków, wrocławiaków, Ślązaków.

Prawdziwy bój i prawdziwa przemiana przyszła tak naprawdę z próbą dojścia do środowisk małych miasteczek i dużych wsi.

Warto przypomnieć model nowoczesnego przepływu kultury i tego, czym on się różni od starego modelu. W starym modelu moda i kultura spływały z góry w dół. Trendy wyznaczali królowie, dwory, magnaci przemysłowi, potem przejmowała je bogata burżuazja, a stamtąd nowinki spadały do mniej zamożnych, aż w końcu docierały do najniższych warstw.

Społeczeństwo masowe i informacyjne wytworzyło o wiele bardziej – w gruncie rzeczy – smutny przepływ kultury. Oto nowinki i trendy cyrkulują nie pionowo, od najbardziej wpływowych do najbiedniejszych, a poziomo – piłeczkę odbija zamożny z zamożnym, korposzczur z korposzczurem, biedak z biedakiem. My, przeciętni mieszkańcy dużych miast, nie mamy tak naprawdę pojęcia, jak wygląda pojedynek na nowe trendy pomiędzy Kulczykiem a Solorzem. I nie mamy też pojęcia czym żyją gimnazjaliści w Grudziądzu.

W takim modelu mamy więc polski hip-hop, ciągle jeszcze wielkomiejski. Małe miejscowości wciąż żyły (żyją zresztą do tej pory, choć już nie tylko) discopolowcami i – w najlepszym wypadku – ofertą muzyczną radia RMF.

Można by uznać, że szturm hip-hopolowców był tak naprawdę próbą dotarcia do małomiasteczkowego targetu, w jakiś sposób zresztą udaną. Z miękkim, nijakim, popowym produktem raperzy ruszyli na tamten dziewiczy rynek, by – cóż – nachapać się, zrobić hajs, fejm i lans.

Tu znów można by postawić odważną tezę, że śmiałe zabiegi UMC spotkały się z dezaprobatą także dlatego, że oto docierały od odbiorców, którzy domyślnie nie byli nigdy brani pod uwagę przez hip-hop. Ten był w końcu zawsze muzyką wielkich miast.

Ale tu do głosu doszła ta unikalna chyba zdolność polskiego rapu do metamorfozy wewnątrz gatunku. Po kilku latach chudych rap spróbował raz jeszcze uderzyć na tamten rynek. Tym razem skutecznie. Podejrzewam, że dlatego, iż nie sprzedawał Polsce B jakiejś średnio udanej hybrydy popu i rapu. Dostarczył jej produkt stargetowany dokładnie pod gusta słuchaczy, wykreował lokalnych gwiazdorów, lokalne tematy, słowem – zaczął cyrkulować po innych piętrach społeczeństwa.

Tutaj docieramy do problemu podniesionego przez Cruza.

Cóż, podział pomiędzy sytymi, gładkimi i głupkowato zadowolonymi mieszkańcami wielkich miast a całą resztą Polski jest coraz większy. Sytuacja polityczna ostatnich kilku lat jest tego najlepszym przykładem, więc nie ma co się rozpisywać. W skrócie – wraz z rosnącymi różnicami materialnymi pogłębiają się różnice mentalne.

Cruz pisze, że “rap to dobre narzędzie społecznych przemian” i tu moim zdaniem myli się najbardziej. Rap to nie narzędzie i nigdy żadnym narzędziem nie był. Rap to miernik, monitor – owszem.

Ciekawym przykładem na to, jak hip-hop oddaje podziały kulturowe w dzisiejszym społeczeństwie, jest sukces ludzi w rodzaju Juli i Tłoka. Pamiętam, jak z Raphem nie mogliśmy się nadziwić, że zrobili oni dziesięć milionów odtworzeń na Youtube. No właśnie! Są zupełnie poza naturalnym dla nas obiegiem – poza Ślizgiem, CGM-em, poza T-mobile-music. A mimo to docierają do “tamtych” ludzi w milionach odtworzeń.

Owszem, mam za złe polskim raperom, że dają się ponieść coraz wyższej fali ksenofobii, nieufności, rasizmu i tak dalej. Ale z drugiej strony – dlaczego by nie? Skoro O.S.T.R. jeździ na juwenalia do Łodzi i kosi gruby hajs na opowiadaniu historyjek o jednej miłości do jakiejś abstrakcyjnej muzyki, to dlaczego nie pojechać gdzieś do Lubelskiego i nie kosić hajsu na historyjkach o miłości do całkiem realnej Polski?

A więc: rasizm w polskim hip-hopie nie wziął się znikąd – rasizm w polskim hip-hopie wziął się od Polaków, którzy – cóż – bardzo często są rasistami. Za czasów pierwszej Molesty ich nie było, bo w ogóle byli poza zasięgiem i zainteresowaniem polskich raperów. Teraz są. Hajs się musi zgadzać.

Zresztą, z czysto producenckiego punktu widzenia niezwykle ciekawe jest jak dirty-southowo-crankowe patenty na muzykę spychane są w stronę naszego swojskiego disco-polo czy tam innego danceclub2000, ku uciesze nowej publiki.

Marcin Flint nie mógł się nadziwić w swoim felietonie, że jak to słuchacze czarnej muzyki potrafią zwyzywać od małp czarnoskórą osobę. Odpowiedź jest prosta – dla nich ta muzyka nigdy nie była “czarna”. Dla nich ta muzyka od zawsze była muzyką białasów tacy jak oni, bo tylko dzięki temu w ogóle mogła do nich dotrzeć. Tylko dzięki mimikrze ich mentalności mogła zdobyć uznanie i zagospodarować tamte kręgi. A w tamtych kręgach człowiek o innym kolorze skóry to istota gorszej kategorii.

Czy raperzy są cyniczni i oportunistyczni? Nie wiem. Myślę, że nawet nie mają świadomości, że robią coś złego. Koniec końców, podejrzewam, że na koncertach spotykają się z niezwykle ciepłym przyjęciem swoich tez. Im zresztą przekaz prostszy, bardziej zagrzewający do boju z tym albo tamtym – tym większa publika, tym większa możliwość przebicia się, tym więcej lokalnego fejmu.

Pada propozycja, by “coś” z tym zrobić, ale kto tak naprawdę miałby robić? Raperzy z polskiej czołówki? Dziennikarze? Rzecz w tym, że nawet jeśli powstanie “hip-hop rasizm stop – tym razem na poważnie”, to wciąż będzie to płyta, która uspokoi nasze wielkomiejskie sumienia; nawet jeśli Solar i Białas nagrają numer o Malcolmie X, to wciąż pozostanie to na naszym “piętrze”.

Jak można obawiać się rasizmu z perspektywy Tarnowa albo Wałbrzycha, skoro tam, po prostu, ludzi innej rasy nie ma? A jeśli nawet są – to każdy na swoim stanowisku: Rom żebrze, Turek robi kebaba. Ot, miejscowa atrakcja, zaraz obok lokalnego aquaparku i galerii handlowej.

Jest za to potrzeba, potrzeba puszczenia “dobrej nuty” w samochodzie, która będzie o życiu: o tym, że o dobrą pracę ciężko, że wódka droga a pić się chce, że w tych wielkich miastach to się ludziom już we łbach przewraca, pedały chcą się ruchać na ulicach i przebierać chłopców za dziewczynki.

Dlatego pytanie: “jak słuchacz hip-hopu mógł zwyzywać czarnoskórą kobietę od małp” jest pozbawione sensu. Hip-hop jest obecnie tak mainstreamowym nurtem, że jedynym pytaniem, jakie można zadać, to “co trzeba mieć w głowie, żeby zwyzywać czarnoskórą kobietę”?

Ale to pytanie już nie jest do nas.

Cruz / digan

    Leave a Reply