Damian Kowal: Muzyka w dobie płynnego internetu

foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com
foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com

Niektórzy z was pewnie widzieli stworzony bodaj na 4chanowskim /mu/ komiks przedstawiający powiązanie między rodzajami słuchanej muzyki a uczestnictwem w życiu społecznym. Od dawna znajduję się na najgłębszym poziomie, tzw. level infinity, który zestawia gatunki takie jak wall noise, field recordings, tybetański śpiew gardłowy, lowercase i muzykę konkretną z diagnozą no longer in need of any contact with the material world. Jakiś czas temu moja dziewczyna wysłała mi rozszerzoną wersję tego komiksu, w którym dodano jeszcze trzy poziomy. Nie będę tutaj zagłębiał się w dwa ostatnie, bowiem są tam rzeczy tak szalone i tak dalece odbiegające od społecznie przyjętych standardów na temat muzyki, że chyba tylko kompletni degeneraci mogą coś takiego tworzyć i słuchać. Poniżej level infinty dodano poziom opisany jako levelllllllllllllllllllllll, gdzie zawarto gatunki takie jak dreamo, slimepunk, tennis house, ghost drone czy tropical goth (poniżej level infinity nie zawarto powiązania z życiem społecznym, prawdopodobnie dlatego, że schodząc głębiej zapomina się o nim). Szybkie wyszukiwanie pokazało, że to tylko niszowe synonimy dla znanych już gatunków, które będą przedmiotem tego tekstu.

Chillwave, witch house, seapunk, vaporwave, outsider house, tumblrcore, internetcore – oto tagi charakterystyczne dla muzyki post-internetu, przy czym dwa ostatnie to raczej zbiorcze terminy niż osobne style. Pamiętam jak dziś rok 2010, kiedy to jak grzyby po deszczu wyrastały chillwave’owe i witch house’owe wydawnictwa, Borys Dejnarowicz na Porcysie wystawił Causers of This Toro Y Moi 9.7, a wieczory spędzałem na rejwowaniu przy King Night Salem lub pierwszej epce ritualz. Chillwave’owa i witch house’owa eksplozja zaistniała przez wchodzące powoli w dorosłość dzieciaki urodzone na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, które zafascynowane synth popem puszczanym w domach przez rodziców, estetyką vhs i niezwykłymi możliwościami internetu postanowiły robić muzykę, która będzie wyrażać ich ducha. Otrzymaliśmy dwie strony jednego zjawiska – radosną, wylegującą się na plaży oniryczną chmurkę uchwyconą instagramowym filtrem w postaci chillwave’u i ciężki, odwołujący się do koszmarów wypełnionych okultystyczną symboliką witch house. Wydawało się, że nowe gatunki po zdobyciu blogosfery i niezalmediów ugruntują swoją pozycję w nieco szerszym obiegu, ale przetrwali tylko najlepsi. Z wielu wytwórni specjalizujących się w wydawaniu chillwave’u i witch house’u ostało się w sumie tylko Tri Angle, które przy okazji zdobyło mocną pozycję w niezalświatku i nie wypuszcza rzeczy rozczarowujących, a prowadzona swego czasu regularnie na Porcysie rubryka omawiająca nowości z gatunków umarła śmiercią naturalną (pierwszy odcinek). Chillwave i witch house były na tyle pojemne, że przyjmowały z otwartymi ramionami każdego wariata zdolnego wymyślić chwytliwą melodyjkę, ale przy tym całkiem hermetyczne i bez sięgania po inne stylistyki ich formuła szybko się wyczerpywała. Przykłady można mnożyć – prorok Toro poszedł w stronę synth popową, Salem wydało jeszcze jedną (mierną) epkę i przepadło, a obwoływany najlepszym łiczhausowcem ritualz zaczął nagrywać chamski trance. Nawet mój ulubieniec Balam Acab nie przetrwał próby czasu, bowiem po fenomenalnym See Birds wypuścił dość dobre, ale ostatecznie rozczarowujące Wander/Wonder, a potem wyjechał do Dubaju i zaczął bawić się w ultrasłaby seapunk.

Seapunk miał być kolejnym supertrendem, który jak inne supertrendy przeminął w szerszej świadomości po bardzo krótkim czasie i ostał się jedynie w głębokim podziemiu. Seapunk od samego początku był chorym dzieckiem przebojów lat dziewięćdziesiątych; efemerydą, szeroko i gęsto odwołującą się do karaibskiej melodyki i hitów puszczanych na najlepszych dyskotekach Ibizy. Jako styl muzyczny nie miał szans przetrwać, bowiem miał za mało do zaoferowania i obecnie jest tylko wspomnieniem sezonu 2011/2012; wspomnieniem z gatunku tych, które niezbyt lubimy przywoływać. Przetrwał za to jako nurt mody, mody na wskroś współczesnej – zrodzonej na Tumblrze, promowany na Tumblrze, żyjącej na Tumblrze. Pastelowe włosy, uwielbienie dla turkusu, marynistyczne akcenty, delfiny, rekiny, trójkąty, quasiokultyzm, woda – oto czym jest seapunk. Ujmując rzecz prościej – definicją seapunku zarówno pod względem brzmienia, jak i estetyki jest ten utwór:

Andżelika Kaczorowska w swoim felietonie dla screenagers napisała: vaporwave, podobnie jak chillwave czy witchhouse, początkowo był oparty na kreatywnym podejściu do hauntologii. Termin został wymyślony przez Jakuba Adamka, autora bloga Weed Temple, który chciał nawiązać do terminu vapoware” w recenzji kasety Girlhood. Słowo odnosi się do oprogramowania, którego premiera została zapowiedziana, ale nigdy nie ujrzało światła dziennego”. Polecam przeczytać cały artykuł, bowiem redaktorka Kaczorowska rzeczowo a sprawnie wykłada, o co chodzi w tym całym vaporwave’ie, tak sprawnie, że nie mam niczego nowego do dodania, ale przywołuję ją nie bez powodu. Podobnie, pozwolę sobie dać wam do przeczytania tekst Jakuba Mihilewicza o outsider house’ie , w którym pisze on: „nowe gatunki albo brzmią jak żarty, albo są żartami”.

Dochodzimy tu do sedna wszystkiego, trzech słów-kluczy, które są istotne dla dalszych rozważań: hauntologii, gatunku i internetu. Po kolei: hauntologia (duchologia) to idea Derridy mówiąca, że teraźniejszość istnieje tylko w odniesieniu do przeszłości. Tyle definicji, teraz konkrety – hauntologia jest podstawą stojącą za wszystkimi wyżej wymienionymi gatunkami, ale nie tylko, bowiem duchologię uprawiają też inni: warto wymienić chociażby Boards of Canada odwołujące się do zimnowojennego strachu przed zagładą atmową i starych seriali science fiction czy The Caretekera, którego płyta An Empty Bliss Beyond This World jest swego rodzaju zapisem myśli osób chorych na Alzheimera, ciągle i wszędzie podążająca w stronę przedwojennych melodii. Teraz przypominamy sobie lata dziewięćdziesiąte, już mniej osiemdziesiąte, choć dla popowej elektroniki była to, moim zdaniem, najlepsza dekada. Powyższe przykłady podała Olga Drenda w artykule o hauntologii pisząc dodatkowo o jednym z przedmiotów tego tekstu: „Chillwave to ciągłe uwiecznianie roku 1991, w którym trwa nieustająca impreza na kalifornijskiej plaży. Reklamy, burze loków, przeboje pop, Żółwie Ninja, Pełna chata, plażowy luz, windsurfing, kolorowe frotki do włosów – zapośredniczone przez telewizję”. Pozostałe wymienione tu nurty robią to samo, można więc pokusić się o stwierdzenie (cyniczne, jak ujął digan, gdy się z nim tym podzieliłem), że współczesna muzyka, nieważne czy popularna czy niezależna, to nic innego jak ciągłe odwoływanie się do minionych lat i trwanie w sprawdzonych już patentach, ale czy tak jest na pewno? Powołując się na przykład chillwave’u – jego twórcy używając technik charakterystycznych dla muzyków, których słuchali w dzieciństwie, mimo przywoływania dawnych lat stworzyli, według mnie, nową jakość, bo nie da się zaprzeczyć, że wykonawcy tacy jak Toro Y Moi, Autre Ne Vuet lub How To Dress Well zdobyli pewną pozycję w niezalświatku, czasami przedostając się nawet do mejnstrimu.

Dalej mamy „gatunek”, który jest powiązany z „internetem”, podobnie zresztą jak „hauntologia”. Internet przyniósł prawdziwą ulewę nowych gatunków, często mikrogatunków stworzonych na potrzeby jednego wykonawcy (vide tekst Jakuba Mihilewicza). Nie umiem zająć stanowiska w tej sprawie, bowiem z jednej strony fajnie, że wciąż dzieją się jakieś rzeczy i co chwilę powstaje coś nowego, z drugiej ich specyfika sprawia, że trwają one bardzo krótko i w sumie niczego nowego nie oferują. Łatwy dostęp do środków produkcji muzyki #Marks (wybacz digan kradzież pomysłu) i nieosiągalne dla wcześniejszych możliwości wypromowania tejże sprawiły, że zalali nas nowi twórcy i nowe trendy. Kiedyś muzycy spotykali się w garażu, grali razem, potem uderzali z demówką do wytwórni, gdzie ostatecznie decydował się ich los; teraz wystarczy sypialnia, laptop i Soundcloud/Bandcamp. W żadnym wypadku nie uważam, że to źle, bowiem kiedy jeszcze z nudów klepałem słabe bity, sam wpisywałem się w ten nurt, poza tym dzięki temu dane nam było poznać dziesiątki artystów, którzy coś sobą prezentowali i dużo osiągnęli (dobrym przykładem będzie The Weeknd, który pojawił się znikąd, po prostu wrzucając swój pierwszy mixtape w sieć, a teraz jest pierwszoligowym graczem słuchanym zarówno przez rapowców, jak też przez nastoletnie dziewczynki w trampkach). A że przy okazji wyszło morze chłamu? Cóż, to zupełnie inna kwestia.

Spróbujmy krótko podsumować posiadane już informacje. Wynika z nich, że omówione wyżej gatunki są produktami internetu i prawdopodobnie nie zaistniałyby bez tego medium. Są produktem otaczającego nas informacyjnego chaosu, bezproblemowego dojścia do narzędzi umożliwiających robienie muzyki (wystarczy laptop, połączenie z siecią i torrenty) oraz trwającego i kończącego się od kilku lat kryzysu gospodarczego. Dlaczego kryzys? Słychać to po charakterystycznej dla przedstawianych tu nurtów estetyce lo-fi, z czego możemy wysnuć dwa wnioski – celowość takiego zabiegu mająca na celu przywołanie „starych, dobrych czasów” lub brak środków na profesjonalną obróbkę. Przy okazji vaporwave’u widać też pewną polityczność – twórcy vaporwave’u z samplowania melodyjek z wind w galeriach handlowych uczynili swego rodzaju „broń” wymierzoną w konsumeryzm (odsyłam do tekstu redaktorki Kaczorowskiej).

Idąc dalej – przychylam się do zdania digana z naszego podsumowania rocznego: „Nikogo nie dziwi widok hip-hopowca puszczającego Motorhead na afterze z punkami po imprezie techno”. Łatwy dostęp do muzyki i mnogość kanałów oferujących ją sprawiły, że ludzie (oczywiście nie wszyscy) stali się bardziej świadomi i otwarci na nowe rzeczy. Otwartość słuchaczy skutkuje większą otwartością twórców, co z kolei daje nam dostęp do zjawisk naprawdę wartych zainteresowania – mam tu na myśli np. świat arabski; twórcy z tego kręgu kulturowego konfrontują swoje tradycje muzyczne z muzyką zachodnią, co daje zaskakujące połączenia. Taki Omar Souleyman, niewątpliwie wypromowany przez internet, z gościa grającego na syryjskich weselach, stał się gwiazdą światowej alternatywy (rozważania o Omarze i arabskim niezalu to temat na zupełnie inny tekst, może kiedyś). Widać to też na polskim podwórku – przykładami niech będą wytwórnie Sangoplasmo i BDTA, wydające niewątpliwie ciekawych twórców.

Dużo, nie tylko o internecie, ale też o innych sprawach, powiedziało zamieszanie z Green Grenadem. Nie będę się tutaj wdawał w szczegóły, które wszyscy znają, wierzę też, że ludzie są ogarnięci i zdają sobie sprawę, że to tylko trolling, ale wynikło z niego bardzo dużo rzeczy. Trzymając się przedmiotu tego tekstu – redaktorka Pieńkowska zadała Xavierowi pytanie skąd zna takie słowa jak „swag” czy „hajs” (nie tłumacząc wcześniej nieobeznanym, co oznaczają), na co on odpowiedział „z internetu”. Nie będzie chyba nadużyciem stwierdzenie, że po takiej wymianie zdań w świadomości zwykłego Polaka mogła pojawić się myśl, że internet to coś złego, bo skoro dzieci przez korzystanie z sieci zaczynają śpiewać wulgarne piosenki o jeżdżeniu cadillakiem i ćpaniu kodeiny, to znaczy, że internet jest zły. Gdy dodamy do tego żywe w społeczeństwie przekonanie, że dzieci są wartością najważniejszą i ludzi broniących wielu pomysłów słowami w stylu „tak będzie lepiej dla naszych dzieci/musimy bronić nasze dzieci”, możemy być w sumie pewni, że taka myśl zaistnieje. Poza tym obecność „eksperta” w postaci CNE pokazuje jak wygląda społeczny odbiór rapu w Polsce. Dodatkowo pojawienie się w telewizji Green Grenade dowiodło jak marny i żenujący jest poziom polskiego dziennikarstwa, zwłaszcza telewizyjnego. Wreszcie łatwość z jaką marketingowcy zapełnili portfel swojej firmie – lajeczki i kliknięcia ze strony DDTVN zdecydowanie się zgadzały (sam dałem się na to nabrać), co przełożyło się na konkretny pieniądz.

Zamiarowałem napisać tekst o gatunkach muzyki powstałych w internecie, a wyszło mi coś zupełnie innego, co tylko pokazuje jak trudne do opisania jest to zjawisko. Jak zwykle, nie napisałem niczego nowego, tylko kierując się duchem hauntologii (#hehe), odwołałem się do istniejących już tekstów na ten temat i dodałem kilka własnych przemyśleń, dlatego zamiast chwytliwej i ciętej puenty, pozwolę sobie wkleić wam listę wydawnictw, których słuchałem podczas pisania, a które znajdują się w obrębie omawianej tu tematyki. Życzę miłego odbioru.

Chillwave: Toro Y Moi – Causers of This; Clive Tanaka y su Orquestra – Jet Siempre no 1
Witch house: Salem – King Night; Balam Acab – See Birds
Seapunk: Ultrademon – Seapunk; Coral Records Internazionale – #Seapunk Volume 1
Vaporwave: Blank Banshee – Blank Banshee 0; Saint Pepsi – Hit Vibes
Outsider house: Huerco S. – Colonial Patterns; Gerry Read – Jummy

Damian Kowal

    Leave a Reply