skwer.org: Muzyczne podsumowanie roku 2013

foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com
foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com

W epoce internetu, Youtube’a i soundcloudów mówienie o muzyce rocznikami coraz bardziej gubi sens. Co chwile wypływają jakieś zapomniane klasyki, ludzie mają swobodny dostęp do archiwów właściwie każdego gatunku muzycznego; docierają do naszych uszu rzeczy, które w epoce naszych rodziców miałoby może kilku dziennikarzy w kraju. Coraz bardziej podział na muzykę “nową” i “starą” staje się tak naprawdę kwestią technikaliów, którymi zresztą twórcy swobodnie operują. Raperzy, producenci, którzy decydują się na nagrywanie oldskulowego rapu przy pomocy oldskulowego sprzętu bliżej są – z punktu widzenia słuchacza – współczesnych muzyków czy tych z początku lat dziewięćdziesiątych? Muzyka już od dłuższego czasu nie jest linią, time-linem, a stała się spektrum rozciągającym się pomiędzy rocznikami i gatunkami. Wybór najciekawszych płyt z roku 2013 to troszkę jak wybór najlepszej płyty z leworęcznym gitarzystą, albo najlepszego podwójnego albumu – ot, zabawa na troszkę dłuższą rozkminę. Nas jarają takie tegoroczne płyty:

Cruz

Death Grips – Government Plates

Wiadomo, musiałem. Ziomeczki pewnie kroczą swoimi ścieżkami, udowadniając, że rap to nie aż tak bardzo skończona formuła i że można z tego trupa wycisnąć jeszcze sporo soku. Nie ma tu ładnych rymowanek, ładnej muzyki, nie ma tu nic ładnego – jest chaos i przemoc. Dużo krzyku.

Kopyt/Kowalski – KIR

Nie jest to poezja śpiewana, nie jest punk, nie jest też nawet elektroniczny eksperyment, jak można było szufladkować „buch” – poprzedni album duetu. Muzycznie „KIR” jest jeszcze bardziej pomiędzy, tekstowo trochę mniej bezczelny, ale ciągle to album świetny i ważny zarówno ze względu na formę, jak i treść. Czego nie napisała gazeta, o tym zawył poeta.

Goat – World music

Album wyszedł jakoś w połowie 2012 roku, ale pochłonął mnie dopiero niedawno. Pochłonął bez reszty. Szamański trans, groove voodoo, kilogramy funku i wszystko, co najlepsze z psychodelicznego rocka plus skandynawski wokal, który krzyczy zamiast szeptać. Nie jest to album oczywisty ani prosty i nie podano go z warkoczami i ciuchami od Hennesa & Mauritza. Najpewniej randomowi fani Cults nawrzucają Goat od brudasów. I okej. Dla mnie ich muzyka to spotkanie z mistyką, a koncert w Katowicach wspominam jako jeden z najlepszych na których byłem.

digan

B I T A M I N A – Listy Janusza

To było tak – w niedzielę o piętnastej zaczynałem zmianę w Macu. Wstałem wkurzony, że dzień wcześniej używki znowu nie dały mi satori, a zostało tylko zmulenie i lekkie oderwanie, które byłoby miłe w ten upał, gdyby nie wizja popołudnia spędzonego nad cheeseburgerami. Gdzieś tam wśród znajomych latał link do “Listów…”, więc pobrałem, wrzuciłem na odtwarzacz mp3 i ruszyłem do pracy.
Stałem w czerwcowym skwarze na przystanku. Z pobliskiego sanktuarium wracali pielgrzymi, jeden niósł transparent “dziękujemy ci Matko Bosko”, a ja zastanawiałem się, czy napis jest wystarczająco duży, żeby Maryjka przeczytała go ze swojej chmurki w niebie.
“Kiepski weekend, miasto w dymie” nawijał Mundek – zazwyczaj slamer, zresztą zwycięzca wrocławskiego sezonu 2012/2013 – a ja byłem już kupiony, tak samo jak przez zdelayowane wokale w podkładzie i post-rockowo snujące się skrzypce. Zapisy kolejnych stanów – a to trawiastych, jak w “Wietmutce”, a to grzybicznych – “Podróżnikt”, a to rodzinno-niedzielno-obiadowych w “Podanie do stołu”. Wszystko to przełamywane kolejnymi slamowymi grami słownymi. I ta produkcja, organiczna do bólu, w której ślicznie brzmiące instrumenty mieszają się z trzeszczącymi samplami. Nieco to wszystko kojarzy się z “F3”. Byłem tylko wkurzony i zły, bo wydawało mi się, że nasz progres z ostatnich latach jest całkiem niezły… A tutaj, gdzieś w Polsce, ludzie tak po prostu robią takie rzeczy.
Sami autorzy płyty niechętnie się nią dzielili i nie cisnęli się na hajp. A szkoda, powinni, bo to jedna z najważniejszych premier w kręgach polskiego alt-hip-hopu.

My Bloody Valentine – M B V

Ile można robić płytę, na którą czeka cały Pitchfork? Odpowiedź brzmi – dwadzieścia dwa lata. Coś się przez ten czas zmieniło? Wbrew pozorom – nie aż tak dużo. Dalej dostajemy te same, słodko-gorzkie melodie, tak samo przykryte przez warstwy ryczących gitar; te same wyblakłe, przesunięte w tło wokale, ten sam ledwo słyszalny bas. I nie zrozumcie mnie źle, brzmienie My Bloody Valentine jest jedyne w swoim rodzaju i już samo w sobie jest wartością, która skazuje materiał na tegoroczną czołówkę.
Rzecz w tym, że zespół Shieldsa nie został przy sprawdzonych wzorcach. Dostajemy dodatkowo rozpędzone, dudniące bębny, które nadają utworom zupełnie nowego, o dziwo – chłodniejszego – klimatu. Gitary, owszem, trzeszczą jak dawniej, ale nie są już rozmytymi, przelewającymi się falami, a raczej dość konkretnym instrumentem rytmicznym.
Ale najciekawsza jest końcówka płyty, gdzieś od wysokości “in another way”. My Bloody Valentine stopniowo żegna się ze swoimi pięknymi, przełamanymi melodiami i odpływa w rejon czystej, groźnej psychodelii. Niezwykle ciekawy dla każdego fana MBV “Nothing is” to po prostu półsekundowa gitarowa fraza powtarzana przez trzy minuty w rytm rozszalałej perkusji i niskiego, ledwo słyszalnego basu.
I koniec końców “wonder 2”, gdzie przez sflangerowane gitary, grające przedziwne harmonie klawisze (?) ledwo co przebija się i wokal, i pędzące bębny.
I to właśnie jest najciekawsze w tej płycie. Przejście od “My Bloody Valentine dwadzieścia lat później”, które owszem, już samo w sobie jest smakołykiem, w stronę szalonej, pochmurnej psychodelii, w której jednak wciąż zawarty jest pierwiastek starego MBV. Aż człowiek nie może się doczekać, co będzie na nowej płycie. Oby tylko była nieco szybciej.

Stara Rzeka – Cień Chmury Nad Ukrytym Polem

Jest taka płyta, co usta dziennikarzom otworzyła… Jest taka płyta.
Trochę jestem zmęczony tym albumem. Wszyscy nad nią cmokają, doznawali młodzi klerycy, chwaliło t-mobile-music, wspominała zagraniczna alternatywa. I obiecywałem sobie, że nie będę już dodawał swoich buziaków, bo ile można? #krakowskihipster.
Ale “Cień Chmury…” jest czymś ważnym z dwóch powodów. Po pierwsze – jest idealnym zrównoważeniem klimatu, mistycyzmu, pogłosów, mgiełek i atmosfery z po prostu dobrymi melodiami, które zapadają w pamięć. Rzadko trafia się w ogóle takie połączenie, tacy artyści, którzy potrafiliby przepłynąć od ambientów do utworów na gitarę akustyczną, potem do tętniącej elektroniki i z powrotem. Którzy swoją nawiedzoną atmosferą nie tłamszą słuchacza, a za każdym razem potrafią zaciekawić na nowo.
Najważniejsze jest jednak co innego.
Krąży widmo wśród krytyków, że panie, scena nam się atomizuje. I kiedyś, to ho ho, był mainstream, najpierw rock, potem punk, potem grunge, potem hip-hop, a teraz to już nie ma mainstreamu, jeden słucha post-avant-jazz-core’u, drugi progressive dreamfunków i nie pogadasz, bo jeden co innego, drugi co innego. Kiedyś, to panie, były czasy, wiadomo było, że jak Beyonce, to ją każdy słyszał i co teraz.
Stara Rzeka jasno pokazuje kierunek – to, że scena się dzieli, to nic wielkiego, bo równocześnie słuchacze są o wiele bardziej świadomi. Nikogo nie dziwi widok hip-hopowca puszczającego Motorhead na afterze z punkami po imprezie techno. I to nie tak, że scena nam się atomizuje, po prostu każdy ma o wiele większą swobodę w kreowaniu swojego brzmienia, w odnajdowaniu rzeczy, które go naprawdę poruszają. I tyle. Owszem, dziś jeszcze robi wrażenie pchnięcie black metalowych nietoperzy w stronę rozmytej, ślicznej ballady akustycznej, ale za dwa lata każdy będzie reagował wzruszeniem ramion.
I bardzo dobrze. Bo to nie jest zapowiedź kryzysu w muzyce, a czegoś naprawdę ciekawego.

Estragon

Ben Harper & Charlie Musselwhite – Get up!

Legendarny harmonijkarz i bard młodego pokolenia połączyli siły na świetnym bluesowym albumie. Musselwhite doskonale uzupełnia wokal Harpera i czasem pozwala sobie na świetne solówki jak np. w tytułowym kawałku.

Ghostface Killah & Adrian Younge – Twelve reasons to die

Bez kozery to najlepsza płyta jakiegokolwiek członka Wu-Tang Clanu od dekady. 39-minutowy koncept album na podstawie komiksu o tym samym tytule to rapowy majstersztyk, a Younge to nowy Kanye West. Ten sprzed epoki, kiedy zwariował. Sample z Ennio Morricone i chórki robią robotę.

The White Mandingos – The Ghetto Is Tryna Kill Me

Płyta, której słuchałem chyba w tym roku najwięcej. Murs to moja ścisła czołówka, a Bad Brains to jeden z ulubionych zespołów okresu dojrzewania. Sample ze starych kawałków połączone z ironią Nicka Cartera dają mieszankę wybuchową. „Warn a Brotha”, „My first white girl” czy „Mandingo Rally” to dla mnie z miejsca klasyki.

Kidd

The White Mandingos – The Ghetto Is Tryna Kill Me

Staram się sprawdzać wszystko od Mursa. Zeszłoroczna produkcja zrobiona razem z basisią Bad Brains i producentem/dziennikarzem MTV/VH1 bawi się konwencjami jak trza – na poziomie lirycznym, muzycznym i nawet wizualnym (koniecznie sprawdźcie wszystkie wideosy).
“I’d rather be swaggin’ on my heavy metal shit than to be you and wind up dead in the ghetto, bitch”
Powodzenia w przyklejeniu temu jakiejś metki.

Philip H. Anselmo & The Illegals – Walk Through Exits Only

Czuć, że ta płyta to jakieś długo tłumione emocje mojego idola od lat dziecięcych. Coś ma z Arson Anthem, sporo z Pantery, nic z Downa. Tekstowo też pierwsza klasa – negatywnie, cynicznie, beznadziejnie. “It’s ruined!”

The Dillinger Escape Plan – One of Us Is The Killer

Płyta od razu wskakuje Ci na łeb. Idealne połączenie chaosu i harmonii. Byłem na ich koncercie dwa razy. Sam. Pójdę i trzeci. Ktoś idzie?

Damian Kowal

King Krule – 6 Feet Beneath The Moon

Rudy. Dziewiętnaście lat. Brytyjczyk. Głos, o którym można napisać wiele, przy dobrych wiatrach porównać nawet do Waitsa. Gra na gitarze, basie, produkuje. Teksty trafiają w serce, melodie wżynają się w krwiobieg. Nie wiem, co napisać więcej, ponieważ jestem pozytywnie zaskoczony – spodziewałem się kolejnej pedałówy w stylu zespołów z nazwami zaczynającymi się na „the”, a tu okazało się, że piosenek naprawdę da się słuchać i są one wcale ciekawe. Wśród moich znajomych zdania na temat Króla Krule są podzielone, ale wiem na pewno, że „6 Feet” odtwarzałem chyba najczęściej z tegorocznych albumów.

Gustavo Santaolalla – The Last Of Us

Mój serdeczny przyjaciel Radek Kolago ma pewien bon mot, który często stosuje przy okazji niekorzystnych wydarzeń w życiu – fraza ta brzmi „życiówka, obumieranie tkanek”. Takiej życiówki doświadczałem przez bite dziewięć miesięcy i pamiętam jak dziś smutną, deszczową noc, którą spędziłem na oglądaniu gameplaya z „The Last of Us”. Wypaliłem wtedy wszystkie papierosy, więc około siódmej rano wsiadłem na rower i pojechałem do sklepu by za ostatnie grosze kupić szlugi, których połowę spaliłem oglądając końcowe minuty gry. Historia Joela i Ellie wciągnęła mnie całkowicie; przez cały czas roniłem łezki, ale przy finale poryczałem się jak baba, co tylko pokazuje jak dobre jest to d z i e ł o (celowo nie używam słowa „gra”), bowiem wcześniej zdarzało mi się ryczeć tylko na „Źródle” i „Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven”. Wspaniale zbudowany scenariusz, przepiękna oprawa graficzna i wreszcie – prześwietny soundtrack napisany przez Gustavo Santaolallę (ma on na swoim koncie ścieżki dźwiękowe do „Dzienników motocyklowych” czy „Biutiful”). Proste, repetytywne, ascetyczne wręcz melodie na gitarę klasyczną i kilka towarzyszących instrumentów. Nie mam nawet słów by to opisać, wiem na pewno, że muzyka świetnie sprawdziła się w grze, bezproblemowo broni się jako autonomiczne dzieło, a melodie i atmosfera utworów na zawsze wżynają się w duszę.

Mammane Sani Abdulaye – La musique electronique du Niger

Jest taka wytwórnia Sahel Sounds. Prowadzi ją Christopher Kirkley, który wykonuje kawał dobrej roboty, bowiem jeździ po Saharze i krajach Sahelu i zbiera zapomniane nagrania z tamtych stron (przy okazji – sprawdźcie koniecznie składaka „Music from Saharan Cellphones”, bowiem jest to sztos, inny świat). Pewnego dnia Christopher (niech mu Bóg, jeśli jest, wynagrodzi) odkopał utwory Mammane Sani Abdulaye. Mammane jest bodaj jedynym nigryjskim kompozytorem muzyki elektronicznej. Nie znam dokładnie jego historii; z tego co pamiętam, nagrał dżingle do większości reklam emitowanych w Nigrze od mniej więcej połowy lat siedemdziesiątych XX wieku, komponował też muzykę dla nigryjskiego radia. Kasety z jego wczesnymi nagraniami w Niamey są tak poszukiwane jak kopie „All Lights Fucked on the Hairy Amp Drooling”. Można powiedzieć – ot ciekawostka, jakiś murzyn nie wiadomo skąd kupił sobie syntezator i nagrał płytę. Okej, ale „La musique” jest przede wszystkim bardzo dobrą płytą. Oprócz rozczulających melodii jej największym atutem jest klimat, który określiłbym jako jazdę po Saharze w tęczowym turbanie wielbłądem w kolorowych okularach przeciwsłonecznych przy akompaniamencie muzyki z Super Mario Bros z przewieszoną przez ramię torbą wypełnioną okolicznymi słodyczami i 2C-P. Innych słów nie znajduję, więc po prostu polecę.

Raph

Killer Mike & El-P – Run The Jewels

Pamiętam mój pierwszy kontakt z produkcjami El-Producto. „Little Johnny From The Hospitul” od Company Flow, nie wychodząc przecież poza typową dla hip-hopu post–funkową stylistykę, nasyciła ją industrialnym, schizofrenicznym klimatem. Nastolatka u którego absolutnym szczytem hip-hopowej produkcji było wtedy „The Chronic” musiało to niemal natychmiastowo odrzucić. Co-Flow uczynili to, co udało się później tylko Sole’owi z „Selling Live Water” – stworzyć płytę, która za pierwszym razem przerazi ciężarem, by z każdym kolejnym odsłuchem zmuszać coraz bardziej do podziwu.
El-P zawsze był dla mnie bardziej producentem niż raperem, do czego w dużej mierze przyczyniło się klasyczne „The Cold Vein”. Sam artysta nawet zbytnio nie ukrywał, iż przede wszystkim czuje się znacznie lepiej przy bitmaszynie niż przy mikrofonie (Słynne „My name is El-P/I produce and I rap too” z „Turned Mass Damper”). A jednak coś pchnęło go do tego, aby nagrać i „Fantastic Damage”, i progresywne „I’ll Sleep When You’re Dead”. Aż w końcu wyluzować, uczynić swój styl bardziej przystępnym, czego doświadczyć możemy na hitowym „Cancer 4 Cure”. Prawdopodobnie „Run The Jewels” nie byłoby jednak aż takim wydarzeniem, gdyby nie wyprodukowanie Killer Mike’owi „R.A.P Music”. Były twórca Def Jux liznął trochę mainstreamu, jednocześnie nie rezygnując z siebie, co było strzałem w dziesiątkę. Szczególnie, że pomogło to Mike’owi pozbyć się etykietki „przydupasa OutKastu”, czyniąc z niego pełnoprawnego mistrza mikrofonu. Chemia między raperami była na tyle dobra, że obaj postanowili nagrać wspólną płytę – oczywiście na bitach El-P.
I co? Trzeba powtarzać pancz „producer gave me a beat/said „it’s a beat of the year”/I said „El-P didn’t do it/so get the fuck outta here”? I że ma to jak najbardziej przełożenie na rzeczywistość? Trzeba powtarzać, że gościnnie na płycie pojawia się Big Boi i to prawdopodobnie pierwszy track w jego życiu, w którym jest całkowicie zbędny? Trzeba powtarzać, że w czasie, gdy El-P wyprawia się w meandry metaforyki, Killer Mike rzuca wersy do bólu bezpośrednie i w żaden sposób nie czuć dysonansu? Ta płyta łapie za klejnoty i nie daje szans na ucieczkę.

Entropia – Vesper

Black metal to prawdopodobnie jeden z najbardziej niewdzięcznych tematów do pisania. Oczywiście, że temat można by było zakończyć na słynnym klipie Immortala, a sama polska scena black metalowa bywa równie niezamierzenie śmieszna i autentyczna, co hip-hopowa. Na szczęście, w zalewie zabaw maczugami i pochodniami w lesie, zwieńczonymi zabawnymi pozami, można znaleźć naprawdę pasjonujące rzeczy. A takową nagrał oleśnicki zespół Entropia.
Debiutancka płyta zespołu, „Vesper”, to zaledwie sześć utworów, chociaż tylko jedna z nich ma mniej niż siedem minut. Black-metalowe screamy, post-rockowe mgiełki, zagłuszane przez wybijanie rytmu podwójną stopą, shoegaze’owe ściany dźwięku i melodyjne klawisze. Głośne napierdalanie czym się da i pełna harmonia. To płyta przepełniona kontrastami, a jednocześnie zupełnie ich pozbawiona. Taki efekt można osiągnąć, dopracowując album w absolutnie każdym szczególe. Tak, uważam, iż „Vesper” jest arcydziełem polskiego metalu, ujawniającym też niekoniecznie oczywisty dla wszystkich wniosek, iż aby stworzyć coś genialnego, należy wyjść poza ramy.
A wychodzenie z ram jest tu szczególnie ciekawe, bo chłopaki zaczynali od post metalowych klimatów w stylu Isis i Neurosis, którego świadectwem była wydana w 2010 roku epka „Chimera”. Blackowe inspiracje pojawiły się znacznie później, ale brzmią jakby muzycy urodzili się z twarzami pomalowanymi na czarno–biało. To pewnie najbardziej niedoceniona rodzima produkcja w tym roku, dlatego tym bardziej zachęcam do sprawdzenia.

Wardruna – Yggdrasil

Jeszcze w moich czasach szkolnych największym szatanem w muzyce nie był – wbrew pozorom – Behemoth, chociaż i o Nergalu Darskim było cały czas gdzieś słychać. Ławkę za mną krążyły pogłoski, iż w Polsce koncert zagrała grupa „Żożorot”, a ich koncert przypominał czarną mszę. Zresztą, cztery postacie, wiszące na krzyżach (jedna zemdlała w trakcie występu), baranie głowy (z zakładu utylizacji zwierząt) i krew (sztuczna) – czy to nie robiło wrażenia na kilkunastolatku? „Muzycy nie kryją swojej sympatii do szatana” – mówił Bogdan Rymanowski w „Faktach TVN”. I chociaż kilka razy sobie śpiewali o diabłach i piekle, a sam Gaahl jest gejem, co jeszcze bardziej utwierdzało obrońców jedynych, słusznych poglądów w tym, że homoseksualizm to dzieło szatana, wokalista określał się jako osoba praktykująca szamanizm nordycki.
I ten szamanizm nordycki wyszedł na światło dzienne wraz z projektem stworzonym przez byłego perkusistę Gogorotha, Kvitrafna. Jeśli myślicie, że będziecie mieć do czynienia z folk–metalem, zdziwicie się grubo. Bo Wardruna uderza w mitologiczne melodie, ludowe śpiewy, operując cały czas ambientowymi przestrzeniami, tworzonymi metodami do bólu akustycznymi. A Gaahl sobie podśpiewuje bardzo nisko, bardzo gardłowo, ale – co ciekawe – nie growluje. Jest tu dużo mroku, ale mroku spod znaku opowieści o starożytnych wilkach, opowiadanych przez szamana przy wielkim ognisku.
Co ciekawe, tak jak Kyuss uciekał ze swoją muzyką na pustynię, tak wardrunowy „Yggdrasil” w sporej części nagrywany był wśród skandynawskich lasów. Jedna z recenzji albumu „Yggdrasil” powtarza nieustannie słowo „magia” – nie sposób się nie zgodzić. Posłuchaj, Sokole, jak tworzy się prawdziwą magię.

skwer.org

    Leave a Reply