digan: 20 lat rewolucji Harsh’n’Noise’owej

foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com
foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com

To dosyć zabawne, że muzyka naszych dziadków jest dla nas tak samo niezrozumiała jak nasza muzyka dla nich.
Oczywiście teraz, 20 lat po rewolucji harsh’n’noise’owej, ciężko jest wracać do utworów opartych na sztywnych zasadach rytmu, harmonii; utworów, w których wysokość dźwięków skali nie zmieniała się przez 300 lat; w końcu – utworów zagranych na sztucznych tworach – instrumentach – urządzeniach zbudowanych tylko po to, by wydawać z siebie określony dźwięk. Ale cofnijmy się w czasie.

W roku 2030 kryzys ostatecznie zakończył się. Ameryka wciąż nie mogła się podnieść po chaosie, jaki wywołała aneksja USA przez Kanadę. Chiny przechodziły przez kolejną rewolucję komunistyczną. Ostatnim liczącym graczem na światowej scenie została Unia Europejska i to ona dawała poczucie stabilizacji na świecie. Osłabiony kryzysem finansowym Zachód musiał ustąpić miejsca karnemu Wschodowi i jak zwykle chłodnej, opanowanej Północy.

“Nadeszła nasza mała stabilizacja” – wspomina pani Martyna. – “mieliśmy z powrotem prace, jedzenie, nawet granice wydawały się być stabilne”. Ale w ludziach wciąż tliła się niepewność. Jego wyrazicielami była grupa niespokojnych duchów, poetów, malarzy, pisarzy, krążących po kraju autostopem. Nazwali się “Szwędaczami”. Spożywali duże ilości naraz narkotyków, pisali dziwne teksty i słuchali noise’u. “Harsh’n’noise” – mówi Marcin Flint – “od początku był dźwiękami dzieciaków ze złej strony torów. To Szwędacze wskazali artystyczną stronę tamtego hałasu, zaczęli o nim rozprawiać i pisać na poważnie”.

Rzeczywiście, jeszcze przez lata 20 XXI wieku noise kojarzony był głównie z przegranymi grupami społecznymi; młodymi mężczyznami mieszkającymi z rodzicami (przypomnijmy, stanowili oni wtedy około 25% męskiej populacji), narkomanami, pracownikami call-center i mieszkańcami Tarnowa.
“Świat nie był na nich gotowy” – dodaje Dominika Węcławek – “wciąż jeszcze obowiązywały sztywne, zramolałe zasady wyznaczone przez Bacha. I dopiero Merz Bowie ruszyła kamień, wywołujący lawinę”.

Zasłynęła swoimi niezwykle żywiołowymi występami; to ona jako pierwsza podpięła magnetofon szpulowy firmy Unitra do przesterowanego wzmacniacza basowego z odpowiedniego spreparowanymi membranami; to ona wprowadziła estetykę porno na sceny. I równocześnie krzyczała, krzyczała o tym, co ją boli, śmieszy, bawi i wzrusza.
YouTube na początku cenzurował jej występy jako zbyt obsceniczne. Jej muzyka jednak zdobywała zaskakującą ilość wyświetleń; w ciągu dwóch miesięcy obejrzano ją dwa miliardy razy, w ciągu roku – dziesięć miliardów. Łącznie, wszystkie jej utwory na oficjalnym kanale – ponad 100 miliardów. To dzięki niej ukuto termin “Harsh’n’noise”, który na początku miał podobno być synonimem stosunku seksualnego.

Nie wszyscy byli zadowoleni z jej sukcesów. “To nie do końca sprawiedliwe” – mówi Pink Noise Brown, jeden z najważniejszych przedstawicieli wczesnego Noise’u. “Pracowaliśmy na to wszyscy. Muzyka będąca ucieczką dla samotnych mężczyzn nagle została ukradziona przez wyuzdaną, grającą nam na nosie swoją seksualnością kobietę! To my wpadliśmy na pomysł z magnetofonem! Tak to jest, że nikt tak nie oszuka mężczyzny jak kobieta!”. Pink Noise Brown odszedł od robienia hałasu wkrótce po sukcesie Merz Bowie. Obecnie jest dekarzem i żyje samotnie. Świat jednak czekała kolejna rewolucja.

“Ich dźwięki były wszystkim naraz” – mówi Marcin Flint. “Kiedy ich usłyszeliśmy, zdawało nam się, że to sam Kanye West do nas przemawia”. Epitety są zawsze podobne. Ponadczasowi. Unikalni. Najwięksi od czasów Beatlesów, Mozarta, Bacha. Po prostu piękno. Zespół Nóry. Założony w Gliwicach przez Jana Cytronia i Pawła Obwoźnika, na początku – jak każdy zespół – borykał się z wieloma problemami. “Nie mieliśmy zupełnie pieniędzy” – wspomina Obwoźnik w jednym z wywiadów – “na nic, ani na wzmacniacze, ani na Unitrę, ani nawet na mikrofony”. Mimo to – hałasowali na czym się tylko dało. Nieraz i nawet po kilkanaście godzin; w niemieckich dyskotekach zarobili dostatecznie dużo, by móc wrócić do Polski, zakupić brakujące urządzenia i móc hałasować na swoich zasadach. Tam w końcu trafili na Grzegorza Marcinkowskiego, znanego producenta. “Nie byłem pewien na początku co do ich muzyki” – mówi Marcinkowski – “Ot, kolejna kapela harsh’n’noise’owa jakich wiele”.

Jednak pierwszy singiel “Pieprz mnie, pieprz” przebił swoim sukcesem nawet Merz Bowie. Natychmiast wdarł się na szczyt Youtube’a, Last.fm, Soundclouda i Piratebay’a.
“Na początku nie do końca rozumiałem, co jest takiego w ich muzyce” – wspomina Grzegorz Marcinkowski. Dopiero przy okazji nagrywania kolejnego singla – “Ona chce cię ruchnąć, je je je” – stało się to dla Marcinkowskiego jasne. “Okazało się, że Nóry korzystają z dziedzictwa nieco już zapomnianego nurtu. Chodzi tutaj o fale binauralne i e-narkotyki”. Rzeczywiście, na początku XXI wieku pojawiały się nagrania, w których różnice częstotliwości były tak dobrane, by synchronizowały się z falami mózgowymi i wywoływały odpowiednie stany – skupienia, uspokojenia, ekscytacji. W tamtych czasach jednak nie było prawdopodobnie człowieka, który potrafiłby je znieść dłużej, niż przez 10 minut.

“Rzecz w tym” – tłumaczy Marcinkowski – “że oni dobierali te częstotliwości zupełnie intuicyjnie. Nie mieli pojęcia o teorii fal ani matematyce. Nigdy nie korzystali z żadnej formy mierników, hałasowali właściwie analogowo”. Hałas Nórów wdarł się do mainstreamu – dotarł do radia i telewizji, hałasowali nawet w programie “Jaka to melodia”!
“Ich koncerty – mówi Dominika Węcławek – to była czysta histeria, euforia. Ściana dźwięku wymieszany z piskami chłopców i dziewcząt. Przeżycie quasi-religijne. Oni musieli odnieść sukces, byli trzy kroki przed resztą świata.”

Równocześnie w Wielkiej Brytanii – która wciąż przeżywała powrót mody na post-step – rodził się zupełnie nowy ruch dźwiękowy. Fieldsi. Nazwa wzięła się oczywiście od Field Recordings. Są to – jak każdy wie – nagrania z różnych zakątków świata – z dżungli, z gór, ale i nieraz z rur kanalizacyjnych albo piekarnika. Odpowiednio wzmacniane trafiały do Internetu, gdzie zdobywały coraz większe uznanie. Równocześnie Fieldsi stawali się powoli ruchem społecznym. Pacyfistyczni, kontestujący modę i role społeczne, cechowali się skrajnym antykonsumpcjonizmem, przywiązaniem do chemikaliów i wyzwoleniem seksualnym. “Rób fieldsy, nie kryzys!” – głosiło ich najsłynniejsze hasło.

“To nie jest tak, że byliśmy jakimiś jebanymi hipisami” – tłumaczy Martin Karwatzky jr. – “Byliśmy jak zwykli ludzie. Po prostu, częściej chodziliśmy nagrzani, rzadziej się myliśmy i właściwie zawsze miałem jakieś odgłosy ptaków na uszach”. Dość szybko zainteresowała sie nimi scena Harsh’n’Noise’owa. I znów do głosu doszły Nóry.
Zespół Cytronia i Obwoźnika zrezygnował bowiem zupełnie z koncertów z powodu występowania u artystów szumów usznych i skupił się na pracy w studiu. Przy pomocy magii Grzegorza Marcinkowskiego, który zaprosił do współpracy najlepszych inżynierów, Nóry znów wyprzedziły świat o dwa kroki. Słynnym “Automatem”.
“To było coś ponad wszystkim – wspomina Domninika Węcławek. – Cudowne połączenie noise’ów i fieldsów, po prostu głos tętniącej ziemi”. Przerwa Nórów od koncertów nie objęła nawet słynnego Lata Gnuśności i Open’er Festiwalu w Ustce. Do dziś uchodzi to za największą stratę w historii hałasu.

Ustka – nieco senny, zapomniany nadmorski kurort – nagle cały wypełnił się fieldsami. Najprawdopodobniej związane to było z informacją, że przebywa tam słynny Tymon Miodowy, neurobiolog starający się znaleźć idealne połączenia harsh’n’noise’ów, nagrań terenowych i odpowiednich narkotyków. Głosił on tysiącom fieldsów swoje dziwne kazania, będące połączeniem nauk pseudo-buddyzmu zen, psychoanalizy i nowinek z dziedziny chemii mózgu. Było to rzeczywiście lato całego nurtu harsh’n’noise’owego, który nigdy już nie błyszczał tak mocno.
“Pamiętam, spalismy na plaży, jedliśmy po freegańsku, LSD, meskalina, 2c-p były dosłownie wszędzie, wystarczyło spytać – wspomina Martin Karwatzky jr. – Wtedy też większość tych samotnych facetów miało swój pierwszy raz i dowiedziało się, że seks jest wart uwagi, zapewne dlatego tak im ta jebana Ustka zapadła w pamięć, kocie, mrau.”
Władze nie wytrzymały presji. Zaczęły się regularne bitwy z Fieldsami, którzy dość szybko pożegnali się z częścią swoich ideałów, dokładniej rzecz biorąc – z pacyfizmem. Tymon Miodowy musiał ratować się ucieczką do Szwecji kajakiem z powodu pościgu rozpoczętego przez CBA.

Ale rewolucja trwała. Nóry puściły kolejną płytę, “Klub samotnych onanistów”, ze słynną okładką, na której znajdowały się głodne, afrykańskie dzieci.
Równocześnie błysnął talent zespołu Odrzwia, Doświadczenie Jana Henryka i wielu innych. Ruch toczył się dalej, pomimo niechęci władz, drastycznej podwyższki cła na narkotyki i pigułki antykoncepcyjne.

“Coraz mniej chodziło w tym wszystkim o hałas” – mówił w jednym z wywiadów zniesmaczony Cytroń. – “A coraz bardziej o to, żeby się naćpać, przespać z kimś i usnąć gdzieś w serwerowni. Jeśli to ma byś rewolucja, to mnie wypiszcie”. Równocześnie dzięki Latu Gnuśności i temu podobnych imprez drastycznie zmiejszyła się ilość samotnych, mieszkających z rodzicami mężczyzn. “Dziś proklamuję ogólnounijną akcję rozprawiczania” – mówił proroczo ze sceny Jan Hendryk w Ustce, zaraz przed tym, jak porąbał swój sprzęt siekierą.

Najbardziej jednak zapada w pamięć historia popleczników Miodowego. Jego sekta – Kościół Morza – rozplenił się w szybkim tempie po całej Unii. Na Pierwszym Synodzie, który został zorganizowany na Przystanku Woodstock, doszło do zbiorowego samobójstwa. Zmarło ponad 500 osób. Ruch fieldsowski wypalił się równie nagle, jak się zaczął.

“Teraz, z perspektywy lat – mówi Paweł Obwoźnik – widzę, że trochę podstawiliśmy sobie sami nogę. Ludzie doszli do takiej wprawy w słuchaniu fieldsów, harshów, że właściwie zupełnie stracili zainteresowanie naszymi produkcjami. W którymś momencie zdjęli po prostu słuchawki i zaczęli chłonąć otaczający ich świat. Wzięli to, co mieli przed sobą i uznali to za najlepszą możliwą mieszankę hałasu i fieldsów jaka istnieje. Harsh’n’noise trafił do reklam i radia i nigdy nie miał już takiej siły, nie był już tak ważny jak wtedy”.

“Oni nas nauczyli słuchać na nowo – mówi Dominika Węcławek. – Otworzyli nam uszy, a my poszliśmy własną drogą. Zaczęliśmy słyszeć. Odeszliśmy, tak jak dorosłe dzieci odchodzą od rodziców. Nie można mieć pretensji do dzieci, że odchodzą. Można wracać z nostalgią do Nórów i Ustki, jasne, ale ważne jest to, co potrafimy teraz, prawda? Cieszyć się światem, znaczy się.”

digan

    Leave a Reply