Damian Kowal: Spróbuj opisać słowami ciszę

foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com
foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com

Zostawmy na chwilę hip-hop, niech sobie umiera w kącie obok pustej butelki z wódką i kartek zabazgranych szesnastkami, których większość nie powinna nigdy splamić swoim istnieniem szlachetnego nośnika jakim jest papier. Hip-hop łamie nam serca codziennie, za sprawą nowych klipów chujowych MCs czy kolejnej beki ze znanego gracza toczonej na nowej stronce zbierającej rapowy lolkontent. Nie dziś, nie jutro, nawet nie za tydzień. Pójdźmy dalej – zostawmy na chwilę życie, niech sobie spokojnie knuje w kącie, jakby tu jutro się nam uprzykrzyć; cokolwiek teraz robisz, zostaw to na kwadrans czy dwa, należy ci się. Zostawmy na chwilę muzykę, ale nie do końca, raczej odłóżmy ją na niezbyt odległą półkę, bo będziemy ją czasem przywoływać. Spróbujmy skupić się na rzeczy/idei ważnej, o której często zapominamy, której prawie nie zauważamy – na ciszy.

Cytat z Do ludzi w tytule pojawia się nieprzypadkowo, więc zacznijmy od definicji – internetowy słownik języka polskiego PWN podaje siedem różnych znaczeń ciszy. Są to: stan, w którym nie rozlegają się żadne dźwięki, bezwietrzna pogoda, spokój panujący w jakimś miejscu, równowaga duchowa, brak reakcji na coś, brak wiadomości o kimś, brak łączności radiowej. Warto zaznaczyć, że stuprocentowo wykonalne są wszystkie znaczenia, poza pierwszym, podstawowym. Nie istnieje stan, w którym nie rozlegają się żadne dźwięki. Gdy zostaniemy zamknięci w najbardziej dźwiękoszczelnym pomieszczeniu na świecie, wciąż będziemy otoczeni przez dźwięki, z tą różnicą, że nie dotrze do nas nic z zewnątrz, ale będziemy słyszeć oddech, bicie serca, krzesło zaskrzypi gdy zaczniemy się wiercić, możliwe, że będziemy mogli usłyszeć nawet przepływ krwi. Podobno nawet kosmos wręcz huczy, bo choć dźwięki się w nim nie rozchodzą (niemniej wpis znajdujący się pod tym linkiem sugeruje, że jest to możliwe, ale nie badałem sprawy głębiej), to fale elektromagnetyczne emitowane przez różne źródła we wszechświecie można przełożyć na częstotliwości, które będziemy mogli usłyszeć. W końcu płyta Symphonies of the Planets 1-5: NASA Voyager Recordings nie wzięła się znikąd.

Wspomniałem już o płycie, więc nieuchronnie pojawia się muzyka. Muzyka i cisza są sobie niezbędne – jak wiadomo, muzyka to sztuka organizacji dźwięków w czasie i c i s z y pomiędzy nimi, zaś cisza, a właściwie umiejętne jej dawkowanie w danym utworze, wpływa na kształt danego dzieła i nasz jego odbiór. Muzyka i cisza od zawsze były sprzymierzeńcami, lecz paradoksalnie są również największymi wrogami. Muzyka dąży do zagospodarowania przestrzeni cichych, cisza chce zaistnieć w świecie zdominowanym przez dźwięki. Wynik tego starcia jest bardzo nierówny, gdyż muzyka ciągle atakuje, przez co znajdujemy się w stanie ciągłego oblężenia. Cisza, choć niejednokrotnie ma zbawienny wpływ, jest środowiskiem dla człowieka nieprzyjaznym – czymś danym z góry, pierwotnym stanem natury, który ludzie próbują kształtować i zmieniać w rzeczy przyjazne i zrozumiałe. Ingerencje te nie zmieniają faktu, że każdy człowiek ma prawo do ciszy, ale jest coraz mniej miejsc, w których można się tego prawa domagać i swobodnie je wyegzekwować.

Nie piszę tutaj niczego nowego, bo podobne tezy wysuwał już w 1969 roku Witold Lutosławski, który był inicjatorem przyjętej przez Międzynarodową Radę Muzyczną UNESCO uchwały potępiającej pogwałcenie wolności osobistej i prawa każdego człowieka do ciszy. Spójrzmy prawdzie w oczy – z każdej strony atakują nas dźwięki. Nie mam tu na myśli dźwięków oczywistych dla danego środowiska, jak np. szumu samochodów czy rozmów przechodniów w środku miasta, tylko dźwięki niechciane, zbędne, pasożytujące. Z każdej strony sączy się jakaś muzyka, najczęściej niezbyt wysokich lotów. Gdziekolwiek nie pójdziemy, nieważne czy to restauracja, sklep, kiosk, biuro, wszędzie znajdziemy włączone radio, telewizor, nastawioną muzykę. Nawet w publicznej toalecie czy bibliotece będzie jakieś źródło hałasu – osobiście uważam, że załatwianie naturalnych dla każdego czynności w rytm najnowszego przeboju z pewnego młodzieżowego radia jest całkiem irytujące, a próba znalezienia książki w bibliotece gdy za plecami sączy się muzyczka jest jeszcze bardziej denerwujące. Nie będę nawet wspominał o publicznej komunikacji, bo chyba każdy miał okazję spotkać w autobusie/tramwaju/pociągu osobę, której nie stać na słuchawki lub kogoś głośno opowiadającego o wczorajszej bibce lub problemach gastrycznych babci. Niemniej, nie możemy winić tylko innych, gdyż sami też odbieramy sobie prawo do ciszy, choćby słuchając wszędzie muzyki przez słuchawki, czy puszczając cokolwiek by stanowiło dźwiękowe tło dla wykonywanych czynności. Ciągłe otaczanie się muzyką redukuje ją do roli irytującego hałasu, który jest tylko zamiennikiem dla hałasu zastanego. Sam tak robię, bo będąc w np. galerii handlowej wolę słuchać ulubionych piosenek niż produkowanej taśmowo muzyki zakupowej, ale takie działanie doprowadza mnie do coraz częściej występujących okresów znudzenia muzyką, która sprowadzona do roli umilającego życie hałasu staje się kolejnym irytującym szmerem.

Dlatego piszę teraz o ciszy. Mógłbym w tym miejscu snuć rozważania, czy cisza jest muzyką, ale wszystko w temacie powiedział John Cage komponując 4’33”. Nie będę też próbował namówić was do zmiany swoich przyzwyczajeń i preferencji, gdyż nie taka moja rola, nie miałem też zamiaru powiedzieć niczego nowego. Chciałem tylko zwrócić uwagę, że warto czasem wyjść do lasu czy wyciszyć wszystko i zamknąć się w pokoju, by pobyć trochę poza wszechobecnym hałasem. Nieśmiało zachęcam – spróbujcie; po sobie wiem, że cisza i dobre samopoczucie są starymi przyjaciółmi.

Damian Kowal

    Leave a Reply