Radek Kolago: Po angielsku Madness

foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com
foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com

Raph tak się napłakał w ostatniej notce, że wpadam tu wślizgiem jak brazylijski piłkarz o nazwisku Dos Santos (jeśli zechcesz ich policzyć wyjdzie co najmniej trylon). Cześć, Rafał, bardzo się z Tobą smucę i pozwolę skończyć, ale rap to najbardziej żywotny denat of all time. Jest trochę jak bohater Hemingwaya, który dostawał wpierdol tak często, że jego twarz wyglądała jak ziemniak, ale dalej szukał zaczepki, bo miał ambicję nie z tej ziemi. Wygląda okropnie i cuchnie, ale żyje.

Tutaj powinien nastąpić sentymentalny trip cofający czytelnika o dekadę i więcej, ale wszyscy tam byliśmy, wszyscy jaraliśmy się Adamem kiedy na koncertach robił cannabinabani. Z latami hip-hop łamał mi serce z rosnącą częstotliwością i ten proces trwałby pewnie nadal, gdyby jeszcze było co łamać. Odszedłem najdalej jak mogłem, powycinałem kontury ze wspólnych fotografii i skasowałem numer. Tęsknota jednak ciąży na barkach jak Jeżozwierz uskuteczniający stage diving, i chyba dlatego wciąż wracam.

Twarze spiętych fanatyków FLAC i jutubkowych tracków o liczbie odtworzeń poniżej tysiąca na wzmiankę o rapie przyjmują jak na komendę pogardliwy grymas, w sekundę znikasz dla nich jak kanapka Mistrza Asa z backstage’u Alibi i dzieje się to tak szybko, że nie pomoże slow motion. Ostatecznie mają do tego święte prawo, a wszystko co święte należy i warto czasem opluć. Trochę jak GG Allin, który naprawdę nazywał się Jesus Christ, co nie przeszkadzało mu kroczyć przez Brooklyn będąc umorusanym gównem, wódką i krwią.

Hip-hop jest po stokroć warty oplucia, to opróżniona butelka balsamu staczająca się po kamiennych schodach by na samym dole zderzyć się z resztą potłuczonego szkła, to zgony w przeróżnej konfiguracji obejmujące kolana na ogródku piwnym przed klubem, to siedemnastolatki robiące sobie fotki z każdym murzynem którego napotkają podczas koncertu w nadziei, że któryś z nich to ten z plakatu albo chociaż jego kolega. To raperzy, którzy odjeżdżają spod klubu taksówką zostawiając na pastwę losu kolegów z ekipy i fanów z najdalszych zakątków Polski.

Hip-hop jest po dziesięćkroć warty krzyku, to zbite piątki, otwarte dłonie i głowy, to splot osobowości, idei i kreatywności. To kilku gości, którzy na Twoich oczach w sobotnie przedpołudnie robią z niepozornego sampla harcerskiego chóru arcysztos. To erudycja i rozmowy na akademickim poziomie w nocnych autobusach z wódką w ręku. To ludzie, którzy mają po trzydzieści lat, żony i stałą pracę, ale dają z siebie na scenie wszystko i więcej.

To dobre mordki, uśmiech i swego rodzaju jedność, choć przecież nie istnieje nic takiego jak wspólny mianownik. Jest patos (Raper Krzyż) i tkliwość (piosenki Disneya), ale przede wszystkim wiara w to, że nie wszystko stracone. Coś mi mówi, że jeszcze kilka razy ten umrzyk zaskoczy nas jak Łazarz. Normalnie, o życiu, na finezji.

Radek Kolago

    Leave a Reply