Rafał „Raph” Samborski: Present simple

foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com
foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com

„Koniec hip-hopu” ogłaszał dość prowokacyjnie w 2005 magazyn „Ślizg”, co w Stanach potwierdził tytułem wydanej rok później solowej płyty Nas, chociaż równie dobrze mógłby to zrobić DJ Shadow swoim „Outsiderem”. Od tamtego czasu hip-hop tkwił jednak wciąż gdzieś na osiedlach – pojedyncze numery przedostawały się przez głośniki komórki twoich bekowych (przez pierwsze dziesięć minut) znajomych, którym nie podałbyś ręki, gdyby nie to, że musisz ich na co dzień mijać.

Po dziesięciu latach mamy drugi rapowy boom, a ty prowadzisz hip-hopowy jam, na którym spotykasz jednego z tych facetów: pijackie refleksje na temat zależności między tatuażem na dole pleców a preferencjami seksualnymi („a co jeśli ma kolczyk w nosie?”) zmienił na wspólne mieszkanie z zadbaną narzeczoną i dobrze płatną pracę plus kilkanaście wyrzeczeń. Nawet myśli o założeniu własnej firmy, chociaż sprawy formalne wydają się mu zbyt przytłaczające. Przyszedł tu wyłącznie z sentymentu – pamiętam, jak z niektórymi występującymi zbijał kilka lat temu piątki. Dzisiaj oni, podając mu rękę, wpychają sobie potajemnie zęby do uszu, pytając kim jest ten facet. Ten facet był kiedyś jednym z tych dzieciaków, stojących wciąż w tym samym miejscu na waszych koncertach. Inne twarze, inne imiona i nazwiska, ale to te same osoby, co kiedyś.

Miałem znajomego–rapera, którego kontrowersyjne flow i teksty, zawierające sporo zupełnie niecelowej dwuznaczności powodowały niespodziewane napady śmiechu wśród znajomych w miejscu, gdzie powinna znaleźć się twarda refleksja. W pewnym momencie położył mikrofon znacznie dalej, poświęcając się produkcji (co niekoniecznie wyszło mu na dobre, ale to już inna historia). Po kilku latach braku kontaktu trafiliśmy na siebie w Internecie. Znajomy, będący kiedyś w stanie rozpocząć rozmowę od słów „spierdalaj, ten bit jest mój” i który za wzór podawał Sage’a Francisa, wrzuca teraz filmy motywacyjne obok kolejnych utworów DJ-a Tiesto, przy okazji regularnie przypominając, że nie jest tą samą osobą, co kiedyś – pogoń za pieniędzmi, utwierdzona zdjęciami przy szybkich samochodach i niemal sekciarskim wychwalaniem sprzedaży bezpośredniej. Z powodu różnicy zdań kontakt znów się uciął i wątpię w jego powrót, tylko czy naprawdę mam prawo do krytyki, kiedy on poważnie wierzy w swoją przyszłość i czuje się naprawdę szczęśliwy? Nie pochwalam sposobów, ale ile można było brodzić w tym samym gównie?

Wydawałoby się, że „wszystko płynie” i jedynym wyjątkiem jest zasada, która sprawia, że tak jest. Ale hip-hop wciąż się nie zmienił. Najbardziej ambitne projekty siedzą głęboko w podziemiu lub też są głęboko skrywane w koszyku z przecenami. Tzw. „hip-hopolowcy” poszli w stronę kompletnego popu, zachowując swój fanbase tylko dla siebie? Nie szkodzi – jest przecież garstka hardkorowców, którzy będą nagrywać pod równie słodkie pianinka, równie marudnym (lub jęczącym) flow, z równie marnie zaśpiewanymi refrenami. Tylko ich chroni ta nieszczęsna „uliczna wiarygodność”. Jest jeszcze ta grupa ludzi, którzy znajdują ich na youtube przez złamane nastoletnie serca – „proszę, napisz teraz numer o nadziei – to dla mnie ważne” – zdają się prosić. I o dziwo dostają to, czego pragną. Z drugiej strony są muzycy z dyplomem i niesamowitym potencjałem, tylko co z tego, jeśli co rok nagrywają tę samą płytę, nawet w towarzystwie innych (niekoniecznie) muzyków – grunt, że tego oczekują od nich słuchacze. A może tego oczekują od nich rodziny, tak chętnie wspominane przy każdej okazji obok kilku innych, eksploatowanych milion razy tematów.

Hip-hopowy jam (z pięcioletnią tradycją), mimo wielu trudności organizacyjnych, wypalił – publiczność dobrze się bawiła, a występujący dostawali z powrotem wysyłaną publice energię. I dobrze, że nikt nie będzie pamiętał pseudo–kibiców, zabierających mikrofon raperowi z miasta mającego kosę z moim rodzinnym miastem. I dobrze, że nikt nie będzie pamiętał o DJ-u, który miał poprowadzić całą imprezę, a wolał szczać po kątach z browarem w dłoni i trzeba było go kilka razy wołać ze sceny. I dobrze, że na sam koniec wystąpili akurat ci, którzy zdecydowali się nie stać w miejscu, kombinować z brzmieniem, rozwijać się oraz – kluczowe słowo – poszukiwać. Nawet jeżeli jeden z nich po sytuacji z pseudo–kibolami mocno wątpił w sens występu. Dobrze, bo chyba zatuszowali u mnie te najgłębiej skrywane pokłady nienawiści do hip-hopu, znalezione na tej samej imprezie w wykonawcach nadmiernie zapatrzonych w polski rap, własne ego i wspominających miłość do tej kultury, prawdopodobnie ukrytą w dwudziestozłotowym banknocie na browary, zawiniętym z portfela matki. Zatuszowali tylko u mnie, bo bezkrytycznej publiczności i tak wszystko jedno.

Rafał „Raph” Samborski

    Leave a Reply