Damian Kowal: Za dużo RAMu

foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com
foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com

Nie będzie chyba nadużyciem stwierdzenie, że wszyscy słyszeli już Random Access Memories. Daft Punk powróciło po ośmiu latach i wydaje się, że już pierwsza plotka o nowym albumie sprawiła, że słuchacze padli na kolana, pokornie czekając na dzień premiery. Gdy w końcu nadszedł ten dzień, chór od razu zaintonował: “klasyk, arcydzieło, wiekopomne dokonanie”. Get Lucky leci w każdej możliwej stacji radiowej, panowie przebrani za roboty chodzili po warszawkim metrze i promowali RAM, wszelki negatywny (choćby nie wiadomo jak konstruktywny) komentarz na YouTube zaraz oznaczany jest jako spam, a pierwsza osoba, która napisze krytykantowi coś w stylu “u know shit about this” lub “nie lubisz? nie słuchaj” zaraz zbiera setki zielonych łapek. Wygląda na to, że absolutnie wszyscy oszaleli na punkcie tej płyty.

Pragnę od razu uprzedzić, że nie zamierzam dołączać się do drugiego, cichszego, chóru odbiorców, a mianowicie blogerów i niezależnych portali, które właściwie jednogłośnie RAM krytykują. Od jakiegoś czasu (na własne życzenie) jestem poza jakimkolwiek obiegiem w muzyce, nieważne czy to główna fala czy podziemie i w ogóle nie sprawdzam, czego słucha się na mieście. Jednakże nie mogę zostać obojętny wobec “atakowania” mnie z każdej strony nową płytą Narodowych Bogaterów Francji i Zbawców Muzyki Elektronicznej, gdyż jak już wspomniałem, gdzie nie spojrzysz, tam na pewno zobaczysz Pharella Williamsa śpiewającego o feniksach i byciu szczęśliwym. Poza tym podejrzenie wzbudza we mnie każdy wielki koncept, a taki niewątpliwie kryje się za RAM. Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział – chodzi o hołd dla dokonań przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych oraz “zwrócenie życia muzyce”. Kurczę, jestem jak najbardziej za, lubię od czasu do czasu odpalić jakieś dobre disco czy inny funk, a “zwracanie życia muzyce” też jak najbardziej mnie przekonuje, gdyż w muzyce jako takiej niewiele się dzieje, a 2013 powoli staje się rokiem powrotów wielkich (nowe albumy My Bloody Valentine, Black Sabbath i Davida Bowie) i niczego poza tym. Kupiłbym to od razu, ale jakaś kontestacja czy wrodzona wątpliwość kazały mi podejść do Random Access Memories ostrożnie.

Garść suchych faktów: fraza Random Access Memories daje 65 milionów wyników w Google, przy zaznaczonym wyszukiwaniu tylko w języku polskim otrzymujemy 545 tysięcy trafień. Singiel promujący płytę, Get Lucky, na oficjalnym kanale Daft Punk na YouTube, w momencie gdy sprawdzałem (22 czerwca 2013, około godziny 4), miał na liczniku dokładnie 64299482 odtworzenia. Do tego należy dodać też idącą w miliony liczbę odtworzeń z innych kanałów. Przejdźmy do ocen – najpierw głos ludu czyli Get Lucky, kanał oficjalny: 411094 łapki w górę, 11050 łapek w dół, średnia ocen całego albumu na Metacritic wynosi 8.1, bazując na 443 głosach (w momencie sprawdzenia, tj. 22 czerwca 2013, około 4). 379 osób oceniło album pozytywnie, 29 nie wie co począć, 35 stwierdziło, że RAM jest złą płytą. Krytyka muzyczna także wyraża masowe poparcie dla RAM – ponownie podając za serwisem Metacritic, średnia ocen z 43 recenzji wynosi 87%, 39 recenzentów wyraża się pozytywnie, 4 ma mieszane uczucia. Warto zwrócić uwagę na fakt, że siedem serwisów wystawiło najwyższą możliwą ocenę, najczęściej pojawiającą się oceną jest 80%, zaś najniższą 60%. W Polsce sprawa ma się mniej więcej podobnie – oceny oscylują w granicach 7-8/10 lub 3.5-4/5.

Czy naprawdę ten album jest tak w s p a n i a ł y? Czy też daliśmy się uwieść sprawnie poprowadzonej akcji marketingowej? Czy rzeczywiście Daft Punk “zwrócili życie muzyce”? Osobiście, nie jestem zbyt przekonany do RAM. Cieszę się, że Thomas i Guy-Manuel postanowili nie odcinać kuponów od sukcesów poprzednich płyt i w pewien sposób poszli naprzód, ale ten krok okazał się jednocześnie krokiem w tył. Ile powiem można gadać o niesamowitych możliwościach analogowego sprzętu (vide ostatni tekst digana) i wciąż wracać do dokonań poprzednich epok? W niezalowym środowisku żywe jest teraz zainteresowanie latami dziewięćdziesiątymi, co widać np. w gatunku zwanym vaporwave. Choć kompletnie nie rozumiem jego fenomenu, jestem w pewien sposób urzeczony samplowaniem melodii z wind i reklam powstałych dwie dekady temu. Podobnie urzeczony jestem Random Access Memories i całą laserowo-dyskotekowo otoczką tego albumu, wszystkimi miękkimi melodiami znanymi z Gorączki sobotniej nocy – tyle dyskotekowych rytmów, funkujących gitar, zwiewnych wokaliz, ile można tu znaleźć, spokojnie pomieściłoby się na kilku innych płytach. Podobnie muszę się ukłonić przed produkcją, gdyż stoi ona na bardzo wysokim poziomie, ale mimo tego da się odczuć, że RAM jest strasznie błahe; przyjemne, ale błahe. Pewnie już nie wrócę do żadnego z utworów zawartych na płycie, ale gdy gdzieś dane mi będzie ich posłuchać, potupię nogą i pokiwam głową.

Daft Punki odwrócili się od samplowania i zamiast wycinać zespół Chic, zaprosili ich gitarzystę, by nagrał partie gitary rytmicznej. Powstaje tu jednak pytanie – co z tego, skoro i tak na to samo wyszłoby, gdyby użyli sampla. Mamy 2013 rok i zamiast chociaż próbować nagrać coś nowego, wciąż patrzymy w przeszłość i nie ma różnicy, czy robimy to wycinając pięć sekund z winyla czy zapraszając muzyka, który owy winyl nagrał. Nie mam zamiaru zaprzeczać, że RAM jest albumem przyjemnym i w kategorii pop w tym roku raczej nic lepszego nie wyjdzie, ale ta płyta do niczego nie prowadzi. Pod recenzją na portalu screenagers, ktoś napisał, że RAM to “hook na hooku” i miał rację, ale takie nagromadzeni chwytliwych fraz sprawia, że wszystko zlewa się w jedną, bezbarwną całość. Podobnie rzecz ma się z gośćmi, których kaliber (Casablancas, Panda Bear, Girogio Moroder itd.) i liczba momentami przesłaniają samych Daftów.

Wciąż nie mogę odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego ta płyta jest tak popularna. Na pewno miały na to wpływ rozdmuchany do granic niemożliwości marketing i status Daftów. Fajnie, że sukces odniosła płyta tak przyjemnie brzmiąca (zawsze lepsze to od łupania a la klub Seven Legnica), ale smutno, że nic ona nie wnosi. Robi się też trochę smutno, gdy okazuje się, że nie umiemy wyrwać się z patrzenia w przeszłość i cały czas gramy lub próbujemy grać tak jak n lat temu. Lubię tylko te piosenki, które już znam, jak to zostało powiedziane w Rejsie i wychodzi na to, że mnóstwo ludzi tak właśnie myśli, a przynajmniej do takiego stwierdzenia doprowadza mnie wszystko, co dzieje się wokół RAM. Mam swoją teorię na ten temat – czasy są trudne, ludzie pochłonięci są walką o byt, w mediach wciąż kryzys i kryzys, wyjść z tego kryzysu nie można, dlatego nikomu nie chce się ani tworzyć, ani słuchać muzyki trudnej, zamiast tego lepiej jest uciec w brzmienia znane, podane tylko na współczesny sposób (można tu użyć kontrargumentu, że w momencie powstania punku, czasy też były trudne, a jednak ludzie zdecydowali się tworzyć i słuchać muzyki raczej trudniejszej od popu). Dlatego taki wysyp reminescencji z dawnych lat, coraz liczniejsze powroty znanych i lubianych, płacz nad umierającymi studiami analogowymi. Niech Random Access Memories lata sobie w radiu, a ludzie niech tańczą do Get Lucky, bo przyjemnej muzyki nigdy dość, ale gdzieś z tyłu głowy szamocze się metaforyczne pytanie – a co stanie się z festiwalem w Opolu gdy umrze Maryla Rodowicz?

Damian Kowal

    Leave a Reply