digan: Klasycznie brzmiąca przeciętność

foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com
foto: Jakub Bors / screenfool.tumblr.com

(Jakoś tak wychodzi, że piszę tutaj, gdy jestem w trakcie tworzenia materiału. Ostatni raz pisałem przy okazji Estragona. Teraz szykuje się nowa płyta i jakoś-tak nazbierało się trochę przemyśleń.)

Swego czasu byłem znowu – na szczęście – bezrobotny i dla zabicia czasu jeździłem tramwajem linii 10 od pętli do pętli. Oglądałem tego samego dnia film Dave’a Grohla o studiu Sound City, w którym nagrano Rage Against The Machine i Aenemę, i Self-titled Fletwood Mac, i oczywiście Nevermind. Studio miało podobno świetną akustykę, ale najważniejsza była konsola Neve, wielgachny, w pełni analogowy potwór, kosztujący w latach 70 wartość dwóch domów. Nagrywano oczywiście na taśmy szpulowe, które mają w sobie ten urok, że zespół musi zagrać piosenkę od początku do końca.
I wszyscy cmokali z uznaniem nad brzmieniem tych ton analogowego sprzętu i wszyscy byli przeciwnikiem digitalizacji technik nagrań. Zaczynając od ejtisowych automatów perkusyjnych, poprzez ówczesne studia nagraniowe, poprzez płyty CD, a kończąc na Protoolsie. Oto lampowa tradycja ratuje “prawdziwe” brzmienie i muzykę jako-taką!
W końcu studio upada. Dave Grohl odkupuje konsolę i wydziera ją z podłogi, burzy ściany by ją wywieźć i zamontować w swoim studiu. Po czym zaprasza kumpli po fachu i razem nagrywają płytę. Beka zaczyna się, gdy się sięgnie po ich wspólne dzieło.

Okazuje się, że to niesamowite, mityczne, jedyne w swoim rodzaju brzmienie to przeciętna średnia wysokobudżetowej amerykańskiej produkcji muzycznej. Przez cały dokument muzycy ze łzami w oczach niemalże opisują proces analogowego nagrywania – że oto zespół musi grać ze sobą i obok siebie, łapać feeling i do granic szlifować piosenki. Nijak to ma się do zawartości krążka. Większość numerów brzmi jak ramówka Eski Rock. Miłą różnicę robi tylko numer z papieżem Paulem McCartney’em i drugi, z Joshem Homme.
Najciekawiej wypada jednak Trent Reznor – bez obciachu otwiera Protoolsa i przy kamerach nakłada sto efektów na gitarę wpiętą bezpośrednio w interface.
Również same nagrania z legendarnego Sound City różnią się poziomem realizacji. Pierwsze Rage Against The Machine do dziś jest jedną z płyt cenioną przez audiofili, służącą do osłuchiwania sprzętu. Również Toolowej “Aenimie” nie można nic zarzucić. Z drugiej strony mamy “Nevermind” nagrane dokładnie w tym samym miejscu i na tym sprzęcie. “Nevermind”, o którym członkowie Nirvany mówili, że w brzmieniu przypomina Motley Crue. I które rzeczywiście rani uszy swoimi przekompresowanymi gitarami i wycofanym środkiem.
Przy okazji opisywanego filmu T-Mobile-Music poświęciło trochę miejsca na rozmowę z właścicielami studiów analogowych. Każdy z nich jest świadom wszystkich wad taśm i tego, że właściwie jest to umierająca technologia z kilkoma zaletami.

Jak się to ma do nas? Ano tak, że to nie lampy, taśmy i tranzystory są przyszłością muzyki, a to nasze laptopowo-interface’owe DIY.
Tu w ogóle dochodzimy do jeszcze jednej ważnej kwestii.
Otóż nie wiem jak wy, ale jestem uczulony na to “klasyczne, hip-hopowe brzmienie”, a właściwie “klasyczne, polskie, hip-hopowe brzmienie”. Noon, przy całym szacunku dla jego dorobku, przy całym zachwycie nad “Satori” i “Muzyką Poważną” – narobił też nieco złego. Naopowiadał dzieciakom o cudowności analogowego brzmienia, o tym, jak lampy uszlachetnią ich muzykę, że taśma i kompresor sprawią, że zabrzmią jedynie w swoim rodzaju. Rzesze producentów kupiły to z marszu – i ja też swego czasu kombinowałem z magnetofonami szpulowymi, dopóki ich nie wyrzuciłem w przypływie nerwów. Dzieciaki robią kolejne płyty z tym samym, tłustym werblem, z tą samą przekompresowaną stopą i obowiązkowo z seventiesowym, przesaturowanym samplem puszczonym gdzieś na boki. Klasycznie brzmiąca przeciętność.

Pora więc stanąć twarzą w twarz z zagadnieniem i powiedzieć sobie – robię płyty na interface’ie audio za 600 złotych, mikrofonem pojemnościowym za kolejne 600. Ciemne okulary wyjeżdżają zza kadru, pod moją twarzą pojawia się napis – “DEAL WITH IT”. Oto brzmienie naszej epoki. Brzmienie taniego sprzętu, pogłosu pokojów, szumu notebooka gdzieś w tle. Dlaczego miałbym się tego wstydzić? Mój Boże, mam możliwości, których nie miały przede mną całe pokolenia – choć zapewne wielu z nich zasługiwało na nie bardziej niż ja. I co z tego?
We wspomnianym na początku filmie Dave Grohl usprawiedliwia nieco Reznora. Mówi: “Nowinki techniczne to dla niego tylko środek do celu, a nie rzecz sama w sobie”. I oczywiście jest to prawda – można nadgonić braki techniczne komputerem – i sam to często robię – ale nic nigdy nie zastąpi prawdziwego talentu muzycznego.
Mamy dwudziesty pierwszy wiek, i jakieś 50-60 lat przemysłu muzycznego za sobą. Po drodze zdarzyły się płyty, na których zespół grał do jednego mikrofonu gdzieś w jakiejś piwnicy, płyty miksowane na dwu-trzy-czterośladach; płyty nagrywane na kasetach przez punkrockowców. Płyty z elektroniką robione na Amidze.
Jeśli z równania usunie się współczynnik sentymentu, którzy każe wzdychać do czterośladowych magnetofonów i zapomnianych przez Boga i ludzi nagrań – to wychodzi, że nie jest tak źle z brzmieniem naszej epoki, prawda?

digan

    Leave a Reply